Wiele razy odkąd trafiłam na to forum chciałam napisać, porozmawiać, opisać swoje drobne w porównaniu z wieloma tu osobami doświadczenia. Ten wątek mnie zmobilizował i postaram się przełamać

Od razu nadmienię, że opowiem i o sobie i o mojej mamie, bo właśnie dzięki niej zawsze towarzyszyło mi poczucie, że jest "coś więcej" niż tylko nasze ziemskie życie. Mama miała bardzo często prorocze sny, w tych snach określone symbole oznaczały smierć lub chorobę i tak wielokrotnie zanim dostaliśmy informację od rodziny ona już wiedziała, że dana osoba nie żyje. Po urodzeniu mojego brata prawie zmarła i mówiła, że widziała siebie i lekarzy z góry, słyszała co mówią i czuła ogromny spokój i błogość - uczucie nie do opisania, ale powtarzała sobie, że musi wrócić dla dziecka i gdy wróciła - wrócił cały ból, ale przez to doświadczenie, całe życie powtarzała mi, że tam jest lepiej, że nie boi się od tego momentu śmierci.
Wracając do mnie - pierwszym moim doświadczeniem niewytłumaczalnego był dzień gdy mój brat usiłował popełnić samobójstwo, byłam wtedy nastolatką, obudziłam się w swoim pokoju i po chwili zobaczyłam szarą wysoką postać/cień? nie wiem jak to określić przebiegjącą korytarzem. Bardzo się wtedy przestraszyłam bo na codzień nie miewam żadnych omamów wzrokowych - po kilku minutach żona mojego brata zapukała do mnie do łazienki czy nie widziałam brata, a po chwili moja mama znalazła go już nieprzytomnego. Nie wiem jak to wytłumaczyć, jedyne co przychodzi mi na mysl to, że to była jego dusza... Gdy mój brat leżał w spiączce mojej mamie snił się taki pogodny, jak to określała trochę rubaszny ksiądz (mimo, że nie była specjalnie wierząca) i starał się coś przekazać, następnie po kilku dniach gdy jechaliśmy do szpitala moja mama usłyszała głos tego księdza w głowie " On może sie obudzic, tylko czy Ty to wytrzymasz?" na co od razu odpowiedziała "tak, tak niech tylko żyje" i po chwili jeszcze w drodze dostaliśmy telefon, że mój brat się wybudził.
Mnie bardzo nurtuje kolor tej postaci, którą widziałam, była taka brudnoszara, a teraz mimo, że brat po ponad 10 latach jest z nami ciałem (sprawnym ciałem), to jego osobowość zupełnie zniknęła, mimo bardzo nieiwelkich zmian po niedotlenienu mózgu, jest zupełnie niepełnosprawny umysłowo. Zastanawiam się czy nie mogę czegoś dla niego zrobić... medycyna jest bezsilna, ale z tej strony duchowej, może jest coś co mogłabym zrobić?
Kolejnym zdarzeniem była chwila śmierci mojego bardzo dobrego kolegi, zmarł w wypadku motocyklowym mając zaledwie 24 lata, a ja pewnej nocy poczułam, że coś siada mi na łóżku, na początku myślałam, że to kot, jadnak rozejrzałam się i kota nie było, a ja czułam taki dziwny spokój i tylko uśmiechnęłam się do siebie. Następnęgo ranka mama powiedziała mi, że doświadczyła dokładnie tego samego. O śmierci dowiedziałam się po kilku dniach ale nie wiem... było to dla mnie oczywiste, że to On.
Poza tym kazdej takiej chwili gdy nie mogłam czegoś wytłumaczyć towarzyszył ogromny ładunek emocjonalny, nie zależnie czy negatywne czy pozytywne było to zawsze wyjątkowe odczucie.
Trzecim i już ostatnim zdarzeniem w moim życiu, był sen, sen który ciągle wywołuje w moim sercu ogromny ból. Moja ukochana mama zmarła w styczniu tego roku na raka, była dla mnie matką i najlepszą przyjaciółką, jedyną osobą za którą czułam, że oddałabym życie, z resztą niejednokrotnie o to w myślach prosiłam. Ostanie dni byłyśmy w hospicjum, ja wracałam tylko na kilka godzin na noc do domu bo był to szpital, w którym nie pozwalano nocować. Na 2 dni przed śmiercią mamy o 6 rano wybudził mnie sen, króciutki, sniło mi się, że mama na szpitalnym łóżku odwraca głowę w moją stronę otwiera oczy patrząc na mnie z przerażeniem i stara się złapać oddech. To było o tyle dziwne, że ta migawka wcięła mi się w poprzedni, tak zwyczajny sen, a ja od razu przestraszona pojechałam do szpitala, jednak z mamą nie było już żadnego kontaktu. I wiecie... bardzo uderzyło mnie to, że w tym śnie wygładała dokładnie tak jak potem w kostnicy, zostawili ją z otwartymi oczami, otwartymi ustami a na twarzy widniało to samo przerażenie. Bardzo mnie to męczy... Tak jak rozmawiałam z jedną osobą tutaj, mama pewnie chciała mi przekazać swoje emocje, ale tak bardzo mi się kłoci to przerażenie z tym, co wcześniej mówiła o tym, że nie boi się śmierci. I tak samo nie mogę zrozumieć tego, że przy takiej więzi jaka nas łączyła nie wyczułam momentu jej śmierci, zmarła wkrótce po tym jak wyszłam w nocy ze szpitala, wszyscy mnie tam wyganiali, a ja tak bardzo chciałam by nie była w tym momencie sama, chiałam być przy niej tak jak i ona była zawsze przy mnie.
Właśnie te ostanie doświadczenia skłoniły mnie do szukania sensu, bo umarła jeszcze młodo, bardzo chciała żyć, a była człowiekiem zawsze poświęcającym się dla innych, na wskroś dobrym - czułam żal do życia, świata, wszystkiego za tą stratę, za to, że nie mogłam jej pomóc i dopiero gdy znalazłam to forum zaczęłam troszkę układać sobie w głowie i znajdować podpowiedzi dlaczego tak własnie się dzieje.
Możliwe, że pisałam chaotycznie ale chciałam opisać wszystko zanim znowu zmienię zdanie, skrywając się w sobie z myślą, że napiszę innego dnia i nawet już nie sprawdzam jak napisałam, przelałam Wam emocje ze swojego serca.