autor: Mirek » 07 gru 2014, 18:44
Jezus umiał dostrzec prawdę o każdym człowieku. Nie dał się zwieść pozorom; nie brał za dobrą monetę tego, co inni o sobie sadzili. Zawsze miał wyższe wyobrażenie i zapraszał innych, aby dzielili je z nim.
Szanował jednak ich wybór. Nie zmuszał nikogo do przyjęcia swej wyższej idei, przedstawiał ją jako zaproszenie.
Nie było mu obce miłosierdzie – i gdy ktoś uznał, że jest istota potrzebująca pomocy, nie prostował ich błędnego mniemania, lecz z miłością wspierał ich w odgrywaniu swojego wyboru.
Albowiem rozumiał, że dla niektórych najszybsza droga do tego, Kim Są, wiedzie przez to, Kim Nie Są.
Nie potępiał ich drogi, widział w niej “doskonałość" i pomagał każdemu być, kim pragnął być.
Toteż każdy, kto prosił go o pomoc, otrzymywał ją.
Nikomu nie odmawiał – ale uważał, aby pomoc, jakiej udzielał, odpowiadała w pełni szczeremu życzeniu osoby.
Gdy ktoś prawdziwie poszukiwał oświecenia, uczciwie wyrażając gotowość przejścia na wyższy poziom,Jezus nie szczędził mu otuchy, poparcia, swej mądrości. Stawiał siebie jako przykład, ludziom na zachętę. Jeśli nie stać ich było na nic więcej, nawoływał, aby uwierzyli w niego. Jak zapewniał, nie sprowadzi ich na manowce.
Wielu obdarzyło go swą wiara – i po dziś dzień Jezus wspiera tych, którzy wzywają jego imienia. Albowiem dusza jego oddana jest sprawie budzenia tych, którzy pragną pełni świadomości i pełni istnienia w Bogu.
Lecz Chrystus litował się również nad tymi', którzy tego nie chcieli. Odrzucał obłudną świętoszkowatość i – jak jego Ojciec w niebie – nie osadzał.
Jego Doskonała Miłość polegała na tym, że każdemu dawał dokładnie to, o co prosił, ale jednocześnie mówił im, co mogą otrzymać.
Nikomu nie odmawiał pomocy i w najmniejszym stopniu nie kierował się zasada “jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz".
Jezus wiedział, że dając ludziom to, czego sobie życzą, zamiast po prostu pomóc im tak, jak sam uważał za stosowne, przekazywał im moc na poziomie, na którym byli przygotowani do jej przyjęcia.
Tak postępują wszyscy wielcy mistrzowie. Zarówno ci, którzy stąpali po tej ziemi, jak i ci, którzy kroczę po niej teraz.
Kiedy pomagasz w taki sposób, który sprzyja utrwalaniu zależności zamiast szybko rozwijać niezależność.
Kiedy pozwalasz drugiemu, w imię miłosierdzia, zdać się na ciebie zamiast polegać wyłącznie na sobie. To nie miłosierdzie, lecz swoiste natręctwo, natręctwo władzy. Gdyż tego rodzaju pomoc uderza do głowy dającemu. Granica tutaj niemal się zaciera i czasami nie zdajesz sobie sprawy, że powoduje tobą chęć władzy. Szczerze wierzysz, że robisz, co w twojej mocy, aby pomóc drugiemu... uważaj jednak, aby to nie służyło tylko twojemu dowartościowaniu. Do tego stopnia, do jakiego pozwalasz obarczać się odpowiedzialnością za innych, do tego stopnia też pozwalasz im sycić ciebie poczuciem władzy. To, oczywiście, ogromnie przydaje ci wartości w swoich oczach. Tego rodzaju pomoc działa niczym afrodyzjak, który kusi słabych.
Rzecz jednak w tym, aby pomóc słabym urosnąć w siłę, a nie pogłębiać ich słabości.
Na tym polega błąd wielu rządowych programów ochronnych, gdyż często wywołują ten drugi skutek zamiast pierwszego. Programy rządu mogą mieć na celu własne utrwalenie, w takim samym stopniu uzasadnienie swego istnienia, co pomaganie tym, dla których zostały stworzone.
Gdyby pomoc rządu była ograniczona, ludzie otrzymywaliby ja wtedy, kiedy naprawdę, by jej potrzebowali, ale nie mogliby się od niej uzależnić, zabijając w sobie wszelka zaradność.
Rząd dobrze rozumie, że pomoc oznacza władze. Dlatego hojnie nią szafuje, rozdaje na lewo i prawo – albowiem im większa liczba ludzi objętych pomocą, tym więcej ludzi popiera rząd. Ręka rękę myje!
Nie poczułem się dotknięty. Poczułem, że nie chcesz dostrzec faktu największych zmian jakie dokonał Jezus dla Świata. Nie przyjmujesz tego więc wyjeżdżasz mi z kręgiem kulturowym aby wmówić mi coś co wcale nie chciałem powiedzieć.
Ostatnio zmieniony 07 gru 2014, 18:48 przez
Mirek, łącznie zmieniany 1 raz
„Osądzanie, obrazy i jakakolwiek wewnętrzna agresja wobec siebie jest ukrytym życzeniem sobie śmireci."