Pamiętam jak taka myśl ogarniała mnie, kiedy miałem jakoś 7 lat... i pamiętam jak to się dzieje dziś. Wielkiej różnicy nie widzę

Dawno temu stworzyłem dość brudnopisową teorię, jakoby samo posiadanie świadomości implikowało wieczne jej zachowanie... troszeczkę można się tutaj odnieść do klasycznego "jest i nie może być, że nie jest" (+ Platona poprawka) "zarazem i pod tym samym względem", ale też nie do końca, ponieważ to twierdzenie sprowadzałoby się do tego, że nie istniejemy... że wszystko co widzimy jest niebytem z nami na czele.
Jeśli nic po śmierci nie ma... to strach jest uzasadniony i jednocześnie bezsensowny. Skoro będzie absolutna pustka (brrr...), to nie będziemy tego odczuwać ani negatywnie ani pozytywnie... tylko zaśniemy. Nie będzie snu, ani obudzenia się. Będzie to niekończąca się podróż w nieistniejącą krainę nicości. Czy jest sens bać się końca postrzegania? To nie boli, to TERAZ nas przeraża, co nie jest zaskakujące, jednak ani nie boli, ani nie jest do uniknięcia... jeśli tak ma wyglądać śmierć, to tak wygląda i już. Nie dorobimy sobie duszy, jeśli założymy, że jej nie ma.
No, ale Bogu dzięki mamy ową duszę
