autor: Kacper23232 » 16 kwie 2012, 15:59
Pomysłowość ludzka nie zna granic, jeśli chodzi o wzbudzanie stra¬chu. Doskonałym przykładem jest lęk przed straszliwą karą dla osób, które popełniają samobójstwo. To prawda, że groźba znalezienia się poza obrębem nieba odstraszała od takiego czynu, lecz podejście takie jest niewłaściwe. Zauważyłem, że ostatnimi czasy nawet kościół kato¬licki nie upiera się już tak bardzo, że samobójstwo jest grzechem śmier¬telnym, podlegającym szczególnie surowej karze. Istnieje zatwierdzo¬ny przez Watykan katechizm, który oznajmia, że samobójstwo jest czy¬nem „wbrew prawu naturalnemu", lecz dodaje przy tym, iż „na sposób znany jedynie Bogu, istnieje okazja do zbawiennej skruchy". Zbawien¬nej w znaczeniu sprzyjania jakiemuś dobremu celowi.
W następnym przykładzie poznamy przypadek pacjentki, która w ostatnim wcieleniu odebrała sobie życie. Opisuje ona rozpatrywa¬nie swojego czynu w siedzibie biblioteki. Skrucha w świecie dusz czę¬sto zaczyna się właśnie tutaj. Ponieważ będę omawiał jej czyn samo¬bójczy, jest to dobry moment, by zastanowić się nad kilkoma kwestia¬mi, o jakie byłem pytany w związku z samobójstwem i późniejszą karą za nie w świecie dusz.
Kiedy pracuję z pacjentami w stanie hipnozy, którzy w poprzednim życiu popełnili samobójstwo, najczęściej słyszę okrzyk: „O Boże, dla¬czego byłem taki głupi!" Są to ludzie zdrowi fizycznie, których nie wy¬niszczyła żadna ciężka choroba. Samobójstwo popełnione przez osobę - nieważne: starą czy młodą - której jakość życia na skutek ciężkiej choro¬by została zredukowana niemal do zera, jest w świecie dusz traktowane inaczej niż kogoś, kto miał zdrowe, silne ciało. Chociaż wszystkie przy¬padki samobójstw traktuje się z życzliwością i zrozumieniem, ludzie, którzy zabili się, choć byli zdrowi, muszą poddać się osądowi.
Z mojego doświadczenia wynika, że dusze, które zdały się na miło¬sierdzie śmierci, nie mają poczucia klęski czy winy. Autentyczny przy¬kład tego rodzaju zgonu brata i siostry podam w rozdziale dziewiątym dotyczącym wolnej woli. Kiedy cierpimy fizyczne męki nie do znie¬sienia, mamy prawo uwolnić się od bólu oraz upokorzenia płynącego z faktu, iż traktuje się nas jak bezradne dzieci, podłączone do systemu podtrzymywania życia. W swoich badaniach nie spotkałem się z tym, by na duszy, która w ten sposób opuściła straszliwie zdewastowane cia¬ło, ciążyło jakieś piętno.
Pracowałem także z dość dużą liczbą osób, które na wiele lat przed spotkaniem ze mną podjęły próbę samobójczą. Niektórzy z tych ludzi nadal znajdowali się w chaosie emocjonalnym, podczas gdy inni zdo¬łali odsunąć od siebie myśli o samozagładzie. Przekonałem się o jed¬nej rzeczy - jeśli ktoś twierdzi, że jego miejsce nie jest na Ziemi, nale¬ży potraktować to bardzo poważnie. Może to być potencjalny przypa¬dek samobójcy. Z mojej praktyki wynika, że pacjenci tacy mieszczą się w jednej z trzech duchowych kategorii:
1. Młode, bardzo wrażliwe dusze, które rozpoczęły inkarnowanie na Ziemi, lecz spędziły tu niewiele czasu. Niektóre dusze z tej kategorii mają wielki kłopot z przystosowaniem się do ludzkiego ciała.
Znajdują je tak okrutnym, iż wydaje im się, że zagrożona jest sama ich egzystencja.
2. Zarówno młode, jak i starsze dusze, które inkarnowały na innej planecie, zanim przybyły na Ziemię. Jeśli dusze te żyły w świa¬tach mniej surowych niż Ziemia, mogą czuć się zdruzgotane pry¬mitywnymi emocjami i wysoką gęstością ludzkiego ciała. To dusze hybrydyczne, które omawiałem w ostatnim rozdziale. Na ogół mają one poczucie przebywania w obcym ciele.
3. Dusze poniżej poziomu III, które od momentu ich stworze¬nia inkarnowały na Ziemi, lecz nie potrafią się skutecznie sto-pić ze swoim obecnym ciałem. Dusze te zasadniczo zaakcepto¬wały inkarnację w ciele, którego umysł fizyczny jest całkowicie odmienny od ich nieśmiertelnego charakteru, jednak nie potrafią się odnaleźć w tym akurat konkretnym życiu.
Co spotyka dusze, które popełniły czyn samobójczy, choć miały zdrowe ciała? Otóż okazuje się, że czują się one niejako pomniejszo¬ne w oczach przewodnika i swoich kolegów z grupy, bowiem złama¬ły podjęte zobowiązanie. Zmarnowały okazję, wobec tego nie mają po¬wodu do dumy. Życie jest darem, a wybranie przeznaczonego nam cia¬ła wymagało naprawdę dużo wysiłku. Jesteśmy zatem kimś w rodza¬ju jego kustosza, co oznacza, iż obdarzono nas zaufaniem. Moi pacjen¬ci nazywają to zawarciem umowy. Zwłaszcza wówczas, gdy samobój¬stwo popełnia młoda, zdrowa osoba, nasi nauczyciele uznają to za akt wielkiej niedojrzałości i wykręcenie się od odpowiedzialności. Nasi mistrzowie duchowi zaufali naszej odwadze i umiejętności radzenia sobie z trudnościami. Odnoszą się do nas z nieskończoną wręcz cierpli¬wością, lecz dusze, które wielokrotnie przedwcześnie zerwały zawartą umowę, muszą liczyć się z ich niezadowoleniem.
Pracowałem kiedyś z młodym pacjentem, który rok wcześniej pró¬bował popełnić samobójstwo. W trakcie seansu hipnozy odnaleźliśmy dowód na istnienie w przeszłych życiach wzorca autodestrukcji. Pod¬czas spotkania z mistrzami po zakończeniu ostatniego wcielenia, mój pacjent usłyszał od jednego ze Starszych co następuje:
Kolejny raz pojawiłeś się tu przedwcześnie i czujemy się tym rozczarowani. Czy nie nauczyłeś się, że ten sam test staje się jeszcze trudniejszy z każdym nowym wcieleniem, które zbyt wcześnie kończysz? Twoje zachowanie jest samolubne, nie my¬ślisz o cierpieniu bliskich, których pozostawiłeś na Ziemi. Ile jeszcze razy masz zamiar odrzucić doskonałe ciała, które ci dajemy? Powiadom nas, kiedy będziesz gotowy zaprzestać li¬towania się nad sobą i niedoceniania swoich możliwości.
Nie przypuszczam, żebym kiedykolwiek słyszał cięższą repry¬mendę na temat samobójstwa, wypowiedzianą przez członka Rady. Wiele miesięcy później pacjent ten napisał mi, że ilekroć przejdzie mu przez głowę samobójcza myśl, odsuwa ją natychmiast, bo bynajmniej nie ma zamiaru spotkać się z tym Starszym po kolejnej przedwczesnej śmierci. Niewielka sugestia pohipnotyczna z mojej strony ułatwia po¬wracanie tej sceny do świadomego umysłu pacjenta i służy jako śro¬dek odstraszający.
W przypadku samobójstw dotyczących zdrowych ciał, dusze za¬zwyczaj spotykają się z dwiema rodzajami reakcji. Jeśli dusza nie jest wielokrotnym sprawcą, najczęściej zostaje dosyć szybko wysłana do nowego ciała, na własną prośbę zresztą, by nadrobić stracony po¬przednio czas. Może się to zdarzyć już po pięciu latach od samobój¬czej śmierci.
Dla tych dusz, które przejawiają tendencję do „wypisywania się", ilekroć sprawy przybierają zły obrót, przeznaczono miejsca, w któ¬rych mogą okazać swą skruchę. Nie są to jednak jakieś niższe, ciemne rejony zarezerwowane dla grzeszników. Zamiast cierpieć męki w ja¬kimś ponurym czyśćcu, dusze te mogą na ochotnika udać się na jakąś piękną planetę, z wodą, górami, drzewami, ale pozbawioną innych form życia. Nie mają one wówczas kontaktu z innymi duszami, poza sporadycznymi wizytami przewodnika, który pomaga im w refleksji nad sobą i swoimi czynami.
Istnieje wiele rozmaitych miejsc izolacji i muszę przyznać, że wszyst¬kie one są straszliwie nudne. Być może o to właśnie chodzi. Podczas gdy ty przez jakiś czas „grzejesz ławę", twoi koledzy kontynuują zmagania z nowymi wyzwaniami. Najwyraźniej zaaplikowanie takiego lekarstwa odnosi skutek, bowiem dusze te wracają do swoich grup odświeżone, lecz jednocześnie z poczuciem straty wielu ciekawych okazji do osobi¬stego rozwoju. Niemniej jednak są dusze, które nigdy nie przystosują się do warunków ziemskich. Słyszałem, że niektóre z nich dostają dla swo¬ich przyszłych inkarnacji nowe miejsca przeznaczenia.
Kolejne dwa przykłady dotyczą pobytu dusz w duchowych biblio¬tekach i wpływu, jaki wywarło na nie ujrzenie własnej Księgi Życia. Kobieta z przykładu 29, samobójczyni, ogląda serię alternatywnych wyborów, których mogła dokonać w życiu, zaprezentowanych w czte¬rech współistniejących sekwencjach czasu. Pierwsza taka sekwencja dotyczyła aktualnego życia. W scenach tych odegra ona raczej rolę obserwatorki niż uczestniczki. W przykładzie 30 dusza obejrzy scenę z przeszłego życia, która zakończy się zupełnie inaczej niż w rzeczywi¬stości. W obu przykładach chodzi o pokazanie możliwości wyboru, ja¬kie mamy w życiu.
Przykład 29
Amy powróciła do świata dusz z małej wioski w Anglii, gdzie w roku 1860 odebrała sobie życie w wieku szesnastu lat. Dusza ta bę¬dzie czekała sto lat na kolejną inkarnację, bowiem żywi ona wielkie wątpliwości co do swoich umiejętności radzenia sobie z przeciwnościami losu. Amy utopiła się w wiejskim stawie, ponieważ, choć niezam꿬na, była w ciąży. Jej kochanek Thomas zginął tydzień wcześniej, kiedy zawalił się słomiany dach, który reperował. Dowiedziałem się, że oboje młodzi byli w sobie zakochani i mieli zamiar się pobrać. W transie hip¬notycznym Amy powiedziała mi, że kiedy Thomas zginął, uznała, iż jej życie się skończyło. Twierdziła, że nie chciała ściągać hańby na swo¬ją rodzinę, będąc pewną, że plotkarze z wioski wzięliby ją na języki. Ze łzami w oczach badana powtarzała: „Wiem, że nazwaliby mnie la¬dacznicą, a gdybym nawet uciekła do Londynu, to taką właśnie bym się stała jako panna z dzieckiem".
W przypadku samobójców, przewodnik może zaproponować od¬osobnienie, głęboką regenerację energii, szybki powrót na Ziemię lub mieszankę tych trzech sposobów. Kiedy Amy pojawiła się w świecie dusz, wyszła jej na spotkanie przewodniczka Likiko wraz z duszą Thomasa. Wkrótce potem została sama z Likiko w prześlicznym ogrodzie. Amy wyczuwała rozczarowanie w zachowaniu Likiko i spodziewała się reprymendy za swój brak odwagi. Gniewnie zapytała przewodnicz¬kę, dlaczego jej życie nie potoczyło się tak, jak zostało zaplanowane. Przeglądając to wcielenie przed inkarnacją nie widziała w nim warian¬tu z samobójstwem. Wydawało jej się, że miała wyjść za mąż za Thomasa, mieć z nim dzieci i do późnej starości szczęśliwie żyć w wiosce. Miała wrażenie, że ktoś usunął jej dywan spod nóg. Likiko wyjaśniła jej, że śmierć Thomasa była jedną z alternatyw tego życiowego cyklu i że mogła dokonać lepszego wyboru, niż odebranie sobie życia.
Amy dowiedziała się, że dla Thomasa jego wybór, by wejść na stro¬my, niebezpiecznie śliski dach, był jedną z możliwości. Jego „wypa¬dek" miał być dla niej testem. Miałem się później przekonać, że Thomas był bardzo bliski odmówienia pracy na stromym dachu, ponieważ jakaś „wewnętrzna siła pchała go w drugą stronę". Najwyraźniej człon-kowie grupy dusz Amy uważali, że jest ona w stanie poradzić sobie z trudnymi problemami, choć ona sama miała co do tego wątpliwości.
Znalazłszy się już po drugiej stronie, Amy uznała cały eksperyment za okrutny i niepotrzebny. Likiko uzmysłowiła jej, że jeśli kiedykol¬wiek ma zamiar pomagać innym w przeżywaniu trudnych sytuacji, po¬winna pokonać własną słabość. Kiedy Amy odparła, że nie miała wiel¬kiego wyboru, zważywszy na epokę w jakiej żyła (wiktoriańska An¬glia), w bibliotece rozegrała się następująca scena.
Dr N. - Gdzie się teraz znajdujesz?
P. (nieco zdezorientowana) - Jestem w miejscu, gdzie się studiu¬je... wygląda gotycko... kamienne mury, długie marmurowe stoły...
Dr N. - Dlaczego sądzisz, że znajdujesz się w tego rodzaju bu¬dynku?
P. (milczy) - W jednym z moich wcieleń żyłam w Europie jako mnich, (w dwunastym wieku) Uwielbiałam stary klasztor jako miej¬sce, w którym można się było oddawać spokojnemu studiowaniu. Wiem już teraz, gdzie jestem. W bibliotece wielkich ksiąg... zapi¬sów.
Dr N. - Wiele osób nazywa je Księgami Życia. Czy to masz na myśli?
P. - Tak, wszyscy ich używamy... (przerywa) Jakiś zatroskany sta¬ry człowiek w białej szacie zbliża się do mnie... krąży wokół mnie.
Dr N. - Co on robi, Amy?
P. - Ma ze sobą zwoje papieru. Patrzy na mnie, potrząsa głową i mruczy.
Dr N. - Czy wiesz, dlaczego się tak zachowuje?
P. - Jest bibliotekarzem. Mówi do mnie: „Wcześnie się pojawiłaś".
Dr N. - Jak myślisz, o co mu chodzi?
P. (milczy) - O to, że... nie mam przekonujących powodów, by znaleźć się tu za wcześnie.
Dr N. - Przekonujących powodów...?
P. (przerywa mi) - Jakiegoś strasznego bólu nie do zniesienia, niezdolności do dalszego funkcjonowania.
Dr N. - Rozumiem. Powiedz mi, co robi bibliotekarz.
P. - Widzę olbrzymią, otwartą przestrzeń z długimi stołami, przy których siedzą dusze; wszędzie widać księgi, lecz na razie nie idę do tego pomieszczenia. Starzec zabiera mnie do jednego z małych prywatnych pokoi położonych na uboczu, gdzie możemy poroz¬mawiać nie przeszkadzając innym.
Dr N. - Co o tym sądzisz?
P. (z rezygnacją potrząsa głową) - Przypuszczam, że w tej chwi¬li potrzebuję specjalnego potraktowania. Mały pokój jest prawie pu¬sty, stoi tam tylko niewielki stolik i krzesło. Starzec przynosi wielką księgę, którą stawia przede mną jak ekran telewizyjny.
Dr N. - Co masz z nią robić?
P. (gwałtownie) - Uważać na to, co robi starzec! Umieszcza przede mną swój zwój i rozpościera go. Następnie wskazuje na se¬rię linii przedstawiających moje życie.
Dr N. - Nie śpiesz się i wyjaśnij mi, co znaczą dla ciebie te linie.
P. - To linie życia - moje linie. Grube, szeroko oddzielone linie re¬prezentują główne doświadczenia życia i wiek, w jakim najpraw¬dopodobniej się wydarzą. Cieńsze linie przepoławiają linie główne i reprezentują różnorodność innych... okoliczności.
Dr N. - Słyszałem, że cieńsze linie są możliwościami działania będącymi przeciwieństwem prawdopodobieństwa. Czy o to ci chodzi?
P. (milczy chwilę) - Zgadza się.
Dr N. - Co jeszcze możesz mi powiedzieć o grubych i cienkich liniach?
P. - Gruba linia przypomina pień drzewa, natomiast cieńsze linie są jego gałęziami. Wiem, że gruba linia była moją główną ścieżką. Starzec wskazuje tę linię i beszta mnie nieco za to, że obrałam śle¬pą uliczkę.
Dr N. - Choć Archiwista gniewa się na ciebie, te linie rzeczywi¬ście reprezentują serię twoich wyborów. Z karmicznego punktu widzenia każdy z nas od czasu do czasu wybiera niewłaściwe od¬gałęzienie drogi.
P. (gorączkowo) - Owszem, ale to jest poważne. W jego opi¬nii nie popełniłam jakiegoś drobnego błędu. Wiem, że obchodzi go to, co robię, (chwila ciszy, po czym pacjentka krzyczy) MAM OCHOTĘ TRZASNĄĆ GO PO GŁOWIE JEGO CHOLERNYM ZWOJEM. MÓWIĘ MU: „IDŹ I SAM POPRÓBUJ MOJEGO ŻYCIA!"
Uwaga: Następnie Amy mówi mi, że twarz mężczyzny łagodnie¬je i wychodzi on na kilka minut z pokoju. Amy sądzi, że dał jej czas na opanowanie się, lecz starzec wraca z nową księgą. Jest ona otwarta na stronie, na której widać Archiwistę jako młodego mężczyznę, rozry¬wanego pazurami lwów na rzymskiej arenie za swe przekonania religij¬ne. Następnie bibliotekarz odkłada tę księgę i ponownie otwiera księgę Amy. Pytam ją, co widzi.
P. - Pojawia się kolorowy, trójwymiarowy obraz. Starzec po¬kazuje mi pierwszą stronę z widokiem wszechświata składające-go się z milionów galaktyk. Potem widać Drogę Mleczną... i nasz układ słoneczny... żebym pamiętała, skąd pochodzę - tak jakbym mogła o tym zapomnieć. Odwracamy kolejne strony.
Dr N. - Co widzisz dalej?
P. - Och... słupy kryształów... ciemne i jasne, w zależności od rodzaju wysyłanych myśli. Teraz przypominam sobie, że ro-biłam to już wcześniej. Jeszcze więcej linii... i obrazów... mogę je przesuwać w czasie swoim umysłem, do przodu i do tyłu. Choć starzec i tak mi przy tym pomaga. Dr N. - Jak zinterpretowałabyś znaczenie tych linii?
P. - Tworzą one wzorce obrazów życia w takiej kolejności, w jakiej pragnie się na nie patrzeć - w jakiej potrzebuje się na nie patrzeć.
Dr N. - Nie chcę cię ponaglać, Amy. Po prostu opowiadaj, co te¬raz robicie.
P. - Dobrze. Starzec odwraca stronę, a ja, niczym na ekranie, wi¬dzę siebie w wiosce, którą niedawno opuściłam. To właściwie nie jest obraz -jest to tak rzeczywiste, żywe. Jestem tam.
Dr N. - Czy uczestniczysz w tej scenie, czy też ją obserwujesz?
P. - Można robić obie te rzeczy, ale teraz mam po prostu obser¬wować scenę.
Dr N. - No dobrze, Amy. Prześledźmy zatem tę scenę, którą przedstawia ci starzec.
P. - Będziemy patrzyli na... inne możliwości wyboru. Po obej¬rzeniu tego, co zrobiłam nad stawem, kiedy odebrałam sobie ży¬cie, w następnej scenie znowu jestem nad brzegiem stawu, (ury¬wa) Tym razem nie wchodzę do wody i nie topię się. Wracam do wioski, (po raz pierwszy śmieje się) Nadal jestem w ciąży.
Dr N. (śmieje się wraz z nią) - Dobrze, odwróć stronę. Co dzie¬je się teraz?
P. - Jestem z moją matką, Iris. Mówię jej, że noszę w sobie dziec¬ko Thomasa. Wcale nie jest tym tak zaszokowana, jak się obawiałam, co nie znaczy, że nie jest na mnie zła. Daje mi reprymendę. A po¬tem... płacze wraz ze mną, trzymając mnie w objęciach, (pacjentka kontynuuje ze łzami w oczach) Mówię jej, że jestem porządną dziew¬czyną, tyle że zakochałam się.
Dr N. - Czy Iris powiadamia twojego ojca?
P. - To jedna z możliwości na ekranie.
Dr N. - Pójdźmy tym tropem.
P. (milczy) - Przeprowadzamy się wszyscy do innej wioski i mówimy jej mieszkańcom, że jestem młodą wdową. Wiele lat później wyjdę za mąż za starszego mężczyznę. Czasy są bardzo ciężkie. Mój ojciec wiele stracił wskutek przeprowadzki, więc jesteśmy jeszcze ubożsi niż przedtem. Lecz tworzymy jedną ro¬dzinę, a nasze życie stopniowo staje się lepsze, (znowu zaczyna płakać) Moja córeczka była taka piękna.
Dr N. - Czy tylko tę alternatywę obecnie studiujesz?
P. (zrezygnowana) - O nie. Patrzę teraz na kolejny wariant. Wra¬cam znad stawu i przyznaję się, że jestem w ciąży. Rodzice wrzesz¬czą na mnie, po czym zaczynają się kłócić i wzajemnie obwiniać o to, że do tego doszło. Mówią mi, że ani myślą opuszczać wioski i naszego małego gospodarstwa, na które tak ciężko pracowali, tylko dlatego, że zostałam zhańbiona. Dają mi trochę pieniędzy na podróż do Londynu, gdzie mam spróbować znaleźć pracę jako służąca.
Dr N. - Co z tego wynikło?
P. (z goryczą) - To, czego się spodziewałam. Londyn nie był¬by dobrym rozwiązaniem. Włóczę się po ulicach, sypiając z przy¬godnie poznanymi mężczyznami, (przeszywa ją dreszcz) Umieram młodo, a dziecko zostaje znajdą i wkrótce także umiera. Straszne...
Dr N. - No cóż, w tych alternatywnych wersjach przynajmniej próbowałaś przeżyć. Czy widzisz jeszcze jakieś inne możliwości wyboru?
P. - Zaczynam czuć się zmęczona. Archiwista pokazuje mi ostat¬nią możliwość. Sądzę, że to nie koniec, ale na moją prośbę po¬przestaniemy teraz na tym. W tej scenie moi rodzice nadal uważa¬ją, że powinnam od nich odejść, lecz czekamy z tym na pojawie¬nie się w naszej wiosce wędrownego handlarza. Zgadza się zabrać mnie ze sobą swoim wozem, bo mój ojciec dał mu trochę pienię¬dzy. Nie udajemy się do Londynu, tylko odwiedzamy inne wioski w naszym hrabstwie. W końcu znajduję służbę przy rodzinie. Mó¬wię tym ludziom, że mój mąż został zabity. Handlarz dał mi mie¬dzianą obrączkę i potwierdził prawdziwość mojej historii. Nie je¬stem pewna, czy mi uwierzyli. To nie ma znaczenia. Osiedlam się w tym miasteczku. Nie wychodzę za mąż, lecz moje dziecko ro¬śnie zdrowo.
Dr N. - Do jakich wniosków dochodzisz, obejrzawszy alterna¬tywne możliwości wyboru?
P. (ze smutkiem) - Niepotrzebnie się zabiłam. Teraz o tym wiem. Myślę, że wiedziałam o tym przez cały czas. Tuż po śmierci po¬wiedziałam sobie: „Boże, co za głupota, teraz będę musiała przejść przez to wszystko jeszcze raz!" Kiedy stanęłam przed swoją Radą, zapytano mnie, czy chciałabym wkrótce przejść nowy test. Poprosi¬łam o trochę czasu do namysłu.
Po naszym seansie przedyskutowałem z pacjentką pewne wybory, których dokonała w swoim obecnym życiu, a które wymagały odwagi. Jako nastoletnia dziewczyna zaszła w ciążę i poradziła sobie z tym pro¬blemem przy pomocy psychologa szkolnego i swojej matki, która była Iris w jej życiu jako Amy. Oboje zachęcali ją, by postawiła na swoim bez względu na opinię innych. Podczas naszego seansu badana dowie¬działa się, że jej dusza ma skłonność do przedwczesnego negatywnego oceniania trudnych sytuacji, jakie zdarzają się w jej życiu. W wielu przeszłych wcieleniach nie mogła się pozbyć myśli, że jakąkolwiek de¬cyzję podejmie w sytuacji kryzysowej, będzie ona i tak błędna.
Chociaż Amy ociągała się z powrotem na Ziemię, obecnie jest oso¬bą o wiele bardziej pewną siebie. Sto lat pomiędzy wcieleniami spę¬dziła na rozmyślaniach o swoim samobójstwie i innych decyzjach, ja¬kie podjęła wiele wieków temu. Amy jest bardzo muzykalną duszą i w pewnym momencie oznajmiła mi:
Ponieważ zmarnowałam przyznane mi ciało, wyznaczy¬łam sobie pewnego rodzaju pokutę. W czasie wolnym nie mogę pójść do pokoju muzycznego, który uwielbiam, lecz sie¬dzę sama w bibliotece. Przeglądam tam swoje poprzednie ży¬cia i wybory, jakich dokonałam, a które skrzywdziły zarówno mnie, jak i innych.