autor: natalia » 15 wrz 2011, 08:30
Chyba niedługo po tym jak ogłoszono śmierć bin Ladena, na jakimś portalu zamieszczono fragmenty książki napisanej przez jego byłą, pierwszą żonę i chyba jednego z synów. Przyznam szczerze, że czytałam z zaciekawieniem. Nie pamiętam szczegółów, ale było tam np. o tym, że z pierwszą żoną (kuzynką/krewną) ożenił się w bardzo młodym wieku, gdy byli nastolatkami. Podobno bin Laden popierał wczesne zawieranie małżeństw, aby nie było pokusy cudzołóstwa, i aby można się było realizować w intymnej sferze bez grzechu. Z tą żoną spłodził chyba samych synów, 4 czy 5, których bardzo kochał i z których był bardzo dumny. Tą żonę też chyba kochał i dbał o nią, ale do pewnego czasu. Po jakimś czasie ją oddalił/rozwiódł się z nią, w każdym bądź razie ona musiała odejść, bo on tak sobie życzył. Potem miał jakieś inne żony i spłodził jeszcze chyba większą gromadkę dzieci. Ale ta pierwsza żona chyba go naprawdę kochała. Wiadomo, gdy o kimś opowiada ktoś mu bliski, nie będzie to obiektywna ocena danego człowieka, ale mimo to, z tego artykułu wyłaniał się ten taki bardziej 'ludzki' obraz bin Ladena. Obraz bin Ladena jako człowieka, męża, ojca, głowy rodziny, muzułmanina, a nie terrorysty, przywódcy, fanatyka religijnego itd.itp.
Pomyślałam o tej drugiej, 'dobrej' stronie jego człowieczeństwa, którą, myślę, miał.
Myślę, że chciał być dobrym muzułmaninem, chciał żyć zgodnie z Koranem, ale za bardzo poszedł w ten radykalizm, popadł w fanatyzm religijny i się w nim zatracił całkowicie. Dosłownie interpretował dżihad, który dzisiaj znaczyć powinien co innego niż fizyczną wojnę i mordowanie 'niewiernych'. Dzisiaj to chodzi o rozprzestrzenianie islamu drogą duchową (np. ożenić się z chrześcijanką i 'nawrócić' ją na islam, wychować potomstwo w wierze muzułmańskiej itd.) albo nawet wręcz chodzi o walkę ze swoimi pokusami, słabościami, wątpliwościami itd. itp. 'Normalny', 'dobry' muzułmanin wie, że mordowanie to grzech i nie zabije człowieka, żadnego człowieka, bez względu na to czy jest jego współwyznawcą czy chrześcijaninem, buddystą, żydem itd. itp. Mało tego, będzie szanował i tolerował inność, choć może, ale nie musi się uważać za 'lepszego'.
Myślę, że to co mówiono o nim (Amerykanie) nie wszystko musiało być prawdą, albo celowo mogło być ubarwianie i wyostrzane. Ale z drugiej strony, nie ma wątpliwości, że był fanatykiem religijnym, przywódcą terrorystów, że popełniał zbrodnie przeciwko ludzkości, nawet jeśli osobiście nie mordował, to mordował przez ręce innych. Moralnie przynajmniej za zbrodnie odpowiadał.
Kiedy usłyszałam w radio, że zginął, ani się specjalnie nie cieszyłam, ani tym bardziej nie smuciłam się. Z jednej strony pomyślałam "Ale się inni (np. w szczególności Amerykanie) cieszą", z drugiej strony zrobiło mi się go szkoda, jako po prostu człowieka.
Bo być mordowanym, to musi być i straszne uczucie fizyczne a co dopiero psychiczne.
Ideałem by było, gdyby każdy człowiek umierał śmiercią naturalną a nie tragiczną, a tym bardziej przez zabójstwo. No, ale stało się jak się stało. Amerykanie zabawili się w SĄD NAJWYŻSZY, przyznając sobie prawo do odbierania życia. Trzeba jednak zadać tu sobie pytanie, co byłoby dalej, gdyby bin Laden nie został zabity, i dalej kierowałby swoją organizacją, co byłoby gdyby go schwytano i uwięziono, czy nie byłoby prób uwolnienia go, czy nie byłoby nowych, może jeszcze straszniejszych ataków terrorystycznych, i jeszcze większej nienawiści do wszystkiego co nieislamskie?
W moim mniemaniu zabicie bin Ladena to niewątpliwie ZŁO, ale BYĆ MOŻE MNIEJSZE ZŁO, niż te, które dalej by czynił bezpośrednio i/lub pośrednio, gdyby dalej żył...
Mam nadzieję, że go Allah osądził sprawiedliwie...