Chodzi mi o następującą rzecz:
Weźmy sobie człowieka który kocha to, co się nie wypala z czasem. Takiego który (dla przykładu), gdy nacieszy się smakiem dobrego jedzenia raz, drugi, trzeci - zorientuje się, że fakt jest to przyjemne, ale nigdy w takim docenianiu tego smaku nie może uchwycić czegoś stałego, gdyż w końcu mu się to nudzi (nie zadowala to jego egzystencji w kwestii szczęścia, lecz daje mu tylko przyjemne chwile). Oprócz smaku cieszy się on swoim hobby, muzyką, miłością itp. Zakładając, że człowiek istnieje po to by czuć szczęście widzimy, że ten przykład mówi o człowieku którego jakby ''dynamika szczęścia w życiu'' opiera się na powtarzających się 'szczęściach'. I teraz tak:
Człowiek ten zakochał się w kimś, był z tą osobą 10 lat, ale związek się rozpadł i on się załamał. Fakt faktem jedzenie i hobby jeszcze jakoś go cieszą, jednak jak nieraz słyszymy - życie takiego człowieka staje się już jakby puste.
Co więc, jeśli istnieje tylko to co istnieje samo w sobie? Jeśli teraz życie człowieka napędza miłość do ukochanej, a nie do powtarzających się przyjemności (mimo ich rozmaitości, bo to drugi człowiek zdaje mi się najbardziej może cieszyć w życiu) to mamy odpowiedź dlaczego związek mu się rozpadł po 10-ciu latach - nie była to miłość sama w sobie, u co najmniej jednej osoby. Gdy jednak byłaby to miłość sama w sobie z obu stron to związek trwał by do końca ich życia, co jest logicznym dowodem. Co o tym sądzicie?