I oto wiedząc o tej skłonności od wieków pojawiają się ludzie, pragnący pod etykietą „pomagam” powstrzymywać ten proces, zatrzymywać go na swoim własnym poziomie, jak strażnicy pragnący zatrzymać tłum przed dostaniem się do tego co pilnują i co znajduje się za zasłoną.
Temu zatrzymywaniu towarzyszy bardzo często - głoszenie prawd objawionych, nazwanie siebie wybranym, ogłoszenie się wiedzącym, specjalistą od wiedzy potocznie niedostępnej dla innych, czy też magiem, wróżką, a nawet mistrzem.
Jednak mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że przyjmowanie „martwych słów” jest tylko poddaniem się i wyrażaniem pokory, i to nie wobec bezmiaru nieznanego jaki przed nami się rozciąga, lecz wobec tego, kto przed nim nas zatrzymuje na jakimś poziomie i tylko takim jaki on sam poznał, każąc uznać siebie za nauczyciela.
Zachodzi wtedy pytanie, czy rzeczywiście godny jest zostać nim, czy też sam się takim tylko ogłosił??
Kiedy wyrażam słowem to co poznaję egzystencjalistycznie ocieram się o dotkniecie prawdy, ale dla innych nie będzie ona prawdą, gdyż sami się o nią nie otarli. Przyjęta od takiej osoby zaś wiedza może doprowadzić innych tylko do fikcji opartej na informacjach i mam tu na uwadze także tej opartej na świętych pismach, teoriach, doktrynach, dogmatach. Nie zapominajcie zatem o tym, że tylko własna świadomość staje się ścieżką do poznania nieznanego, która aby być urzeczywistnioną musi zamienić wiarę w wiedzę i w osobiste jej rozpoznanie.
Albo utożsamiasz się z tym co poznałeś, albo jesteś świadkiem tego co poznał ktoś inny, czyli przyjmujesz tylko na wiarę nie mając swojego punktu odniesienia do danej tezy próbującej być zapisaną przez tego kogoś w twoim umyśle.
Im bardziej chcesz być świadkiem swojej wiedzy, tym mniej utożsamiasz się ze sobą jako z osobą poznającą, tym mniejsze jest prawdopodobieństwo, że sam staniesz się posiadaczem wiedzy. I dopiero wtedy, gdy jasno zdasz sobie sprawę z różnicy miedzy przyjętym na wiarę, a tym co przyjmujesz przez wiedzę staniesz się osoba otwartą na poznanie, inaczej podążasz w nieznane. Występuje też takie coś jak uczenie się od innych, na czym ono powinno polegać? Przede wszystkim nie można dać wiedzy innym, bo to jest błędne pojmowanie, przyjęcie bez argumentacji, zmanipulowane. Nauczyłeś się ode mnie wtedy, gdy przekonały cię moje argumenty, albo uznałeś to co powiedziałam za swój własny fakt, bo to czego się ode mnie dowiedziałeś zdarzyło się także i tobie, potrafiłeś odnieść usłyszane do własnego życia.
Wtedy też uzyskuje się wsparcie dla własnej wiedzy twojej i mojej. W żadnym wypadku zaś nie w taki sposób „Ja wiem, a ty tylko słuchaj!”.
Jak zachowują się jednak ezoterycy reklamujący siebie, wystawiający szyldy- „zgłoś się do mnie po poradę”?? - czy oby nie w taki właśnie sposób?
To twój nieświadomy umysł wie co ma nastąpić i czego sam się domaga, niech nie będzie leniwy szukając zapory dymnej w umysłach takich nauczycieli. Oni zaś niech nie zastępują tych potrzeb poprzez gloryfikacje takiegoż lenistwa, nie stawiają zapór do swoistego wyzwolenia się i dążenia innych do poznania. Każdą bzdurną potrzebę można zastąpić absurdami i nie możemy dopuszczać do tego, bo to nie może nam wystarczać.
Nie można iść na oślep, ja muszę to czuć, sama od siebie przeanalizować daną sprawę, a nie uwierzyć w byle jakie hasełka rzucane mi za obiektywną prawdę, muszę dowiedzieć się skąd ona pochodzi ta czyjaś prawda i jak wygląda odzwierciedlenie jej w rzeczywistości.
Moje poznanie musi być moim osobistym dotknięciem problemu, a nie narzuconą mi regułką do przyjęcia i przejęcia się nią.
Często bywa jednak tak, że ludzie podłapują jakieś "prawdy" wcale tego nie robiąc, tylko tak "a bo on to powiedział, a on mi się podoba".
I wtedy zaczyna się problem.
Człowiek dochodzi do poznania i zdobywa wartości przez wszystkie lata swojego życia, a we wszystkim tym chodzi przede wszystkim o umiejętność jak najlepszego rozpoznawania dobra od zła.
Dużo tu na tym forum pisze się o tych wartościach. Ale zasadniczy błąd, jaki zauważam, to zbijanie się w tłum i przypasowywanie często mocno naciągnięte do niego, bo to zaszufladkowanie ogranicza ludziom rozwój. Obiektywna prawda jest tylko wytyczną do ustalania praw i obowiązków obywateli, natomiast całkowite odbicie tego jaka ona rzeczywiście jest tkwi mocno ukryte w naszych duszach i bywa przez innych niedostrzegalne, czy musi tak być?
Opowiem wam na przykładzie, aby bliżej nakreślić sedno tej sprawy.
Zapisując swoje zdobyte wiadomości i z życia wzięte, i poprzez te spotkania "z tymi, którzy odeszli" zapisałam parę zdań mających bardzo głębokie znaczenia i sens, który, aby się wyłonić zależny był od zdobytych wartości i doświadczeń osoby, która je przeczyta.
Podczas pewnych odwiedzin dałam go jednej znajomej.
Ona czyta i w pewnym momencie odzywa się.. " a prawdę piszesz, bo dam ci przykład jak sąsiadka sąsiadce..."- oszczędzę szczegółów, ale wybaczcie coś tak głębokiego uchwycić w swoim rozumieniu w tak płytki sposób??
Na tych samych zasadach zachodzi spłycanie znaczeń o wiele istotniejszych słów, nawet tych z Biblii samej - Jezusa, czy wielu życiowych mądrości zapisanych w historii przez mędrców i filozofów. Bo rzecz nie dotyczy przeczytania, odklepania bez zrozumienia, lecz wymaga naszej nad tymi słowami pracy, zaangażowania i przede wszystkim odczucia. Podobnie jak wartość danego bólu poczujesz i zrozumiesz najlepiej tylko wówczas, gdy sam go doświadczysz w takim samym stopniu.
