autor: sooleyman » 30 lip 2008, 10:42
Chętnie opowiem historię dotyczącą jednego z moich synów, gdy miał niewiele więcej niż półtora roku. Często budził się w nocy z krzykiem, wskazywał jeden konkretny punkt w przedpokoju, czasami na coś wskazywał także za dnia, czasem się wyraźnie trwożył, czasem był tylko zaniepokojony. Wraz z żoną (oboje pracownicy służby zdrowia, w tym ja na codzień pracuję na psychiatrii) wyjaśnialiśmy sprawę bardzo racjonalnie - rozwój układu nerwowego, skutki obejrzanych bajek czy obrazów w telewizji etc. - żadnych paranormalnych spraw. Zaczęło jednak dziać się coś więcej, co wykraczało poza doznania samego dziecka - potrafiły włączać się w nocy elektryczne / elektroniczne zabawki, chwilami widać było jakieś ruchome cienie, a zatem jest coś więcej niż rozwój układu nerwowego niespełna dwuletniego dziecka... Na uwagę zasługują dwie sprawy - służbowo byłem wtedy zaangażowany w zorganizowanie egzorcyzmu u diecezjalnego egzorcysty nad jednym z pacjentów szpitala psychiatrycznego. Asystowałem w nich wraz z lekarzem psychiatrą z innego szpitala. Szczerze mówiąc robiłem wszystko, by w momencie, gdy medycyna okazywała się bezsilna, zastosować egzorcyzmy. Sprawa ta bardzo mnie pochłaniała nie tylko zawodowo, ale zaangażowałem się w to emocjonalnie. Jednocześnie studiowałem wszelkie dostępne mi źródła z zakresu spirytyzmu, równoległych rzeczywistości, wizualizacji innych bytów etc. Być może te energie czy duchy (Duch pisane z wielkiej litery rezerwuję dla Istot Wyższych) wyczuwały, że jest ktoś, kto poznaje temat, rozczytuje się w nim, być może szuka kontaktu... czasem miałem wrażenie, że te byty, energie, wręcz się kłębią wokół, doprowadzając do wydarzeń elektrycznych w dziecięcych zabawkach (jest to częsta forma manifestacji) etc. Byłem coraz bardziej przekonany, że jeżeli byłyby to Duchy z wyższych kręgów, istoty doskonalsze, nie powodowałyby takich objawów u dziecka. Uznałem, że faktycznie moje dziecko coś widzi i odczuwa, bywa przerażone. Uznałem zatem, że w sprawę weszły duchy niskich poziomów, złe, może nawet demony (vide - mój wkład w organizowanie egzorcyzmów i asystencja w nich!). Mój przyjaciel, bioenergoterapeuta, również obecny na tym forum i znawca tematu, doradzał mi formę seansu, nawiązania kontaktu etc. Uznałem, że mam przeczucie, że mamy do czynienia z niskimi energiami i zastosuję ten środek jako ostateczność. Wcześniej skorzystałem ze znajomości z egzorcystą, opowiedziałem mu o tych wydarzeniach. Dokonał poświęcenia soli i wody, kazał tą wodą poświęcić mieszkanie, a sól rozsypać na progach i parapetach. Żałował ponadto, że nie mam przy sobie oleju i leków czy preparató medycznych, używanych w rodzinie, bo też można byłoby dokonać ich poświęcenia. Nie do końca przekonany do zaproponowanych działań, bo przyjeździe wieczorem do domu, zastosowałem się do zaleceń duchownego. Niezby wierzyłem w skutek, ale jednak się podporządkowałem w myśl zasady, że "pewnie to nie zaszkodzi, a być może nawet pomoże". O dzwio, byłą to pierwsza noc przespana spokojnie przez dziecko, zastosowałem to działanie jeszcze kilkukrotnie i atmosfera się oczyściła. Synek nic nie pokazywał, niczego się nie bał, odtąd spał spokojnie - mineło ponad pół roku - tak jest dotąd. Jest jeszcze jedna sytuacja, gdzie dochodziło do manifestacji pozytywnej, opiekuńczej energii - może zmarły dziadek, może ktoś inny z rodziny, może jakakolwiek życzliwa dusza - w każdym razie dobry Duch o wyższym stopniu osiągniętej doskonałości. Kilka tygodni temu zaczął w nocy, a czasem i za dnia, wygrywać melodyjki .... dziecięcy nocnik! Co ja się nawyzywałem na chińszczyznę, na zwarcia w instalacji (powinien grać jak dziecko nasiusia, pod wpływem wilgoci), a nocnik, suchy i nie używany leżał spokojnie w szafie z ubraniami. Tłukłem w nocnik, rzucałem nim, a on nadal, co kilka godzin, wygrywał serenady. Kiedyś porozmawiałem o tym z moją mamą i przeprowadziła następującą analizę: skoro następują zjawiska elektryczne w przedmiocie dziecięcym, jakim jest nocnik, to może być to ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem dotyczącym dziecka. Poradziła mi dokonać dokładnego przeglądu sprzętów domowych, które mogły utracić sprawność i zazgrażać życiu dziecka - zwłaszcza, że od paru dni zaczął raczkować po mieszkaniu mój drugi synek. Zastosowałem się do rady mojej matki i okazało się, że miała rację - w wielkiej, starej szafie w przedpokoju obluzowały się zawiasy w drzwiach tzw. pawlacza (górna szafka); w każdej chwili drzwi mogły wypaść, zlecieć z góry i spaść na raczkujące niemowlę czy biegającego dwulatka. Dokonałem naprawy, podziekowałem mamie i Duchowi, którego nie znałem... od tej pory nocnik milczy jak zaklęty, a ja przestałem klnąć na chińskie produkty, zwłaszcza, że Olimpiada w Pekinie tuż tuż...