Chciałbym założyć taki temat.
Pytanie moje brzmi - jaki jest status aniołów (opiekunów duchowych) w świetle spirytyzmu? Czy teologowie mają trochę racji, czy też z tymi bytami anielskimi jest inaczej niż to potoczna religijność przyjmuje? A może w ogóle nie ma aniołów, są one wytworem wyobraźni i ludzkiej potrzeby bezpieczeństwa? Jakie są także Wasze doświadczenia w tym zakresie oraz koncepcje?
Ciekawą wizję ma tu R.Monroe, amerykański popularyzator podróży poza ciałem (obe). Twierdził on, że anioł-opiekun to tak naprawdę nasze Wyższe Ja, najlepsza część ciała duchowego, która istnieje poza czasem. Anioł to jesteśmy my sami, tylko w dalekiej przyszłości.
Ja przyznam, że próbuję utrzymać kontakt ze swoim opiekunem duchowym. Mam wrażenie, że otrzymuję od niego czasami wsparcie duchowe, był też jeden moment w życiu, w którym mocno odczułem ingerencję takiej pomocy duchowo-anielskiej. Chciałbym tu opowiedzieć tę historię.
Miałem wtedy około 12 lat i wraz ze swoim ojcem i rodziną byłem na wakacjach na Helu. Była piękna, choć bardzo wietrzna pogoda i duże fale. Poszliśmy z ojcem popływać. Z pozoru przyjazne morze stało się tego dnia dla nas koszmarem. Wypłynęliśmy kawałek za daleko, przeceniając nasze umiejętności pływackie (ja uczyłem się pływać na basenie już od 1 klasy podstawówki) i lekceważąc fale. Wyrzuciło nas daleko od brzegu, poza zasięg drewnianych palików. Fale zaczęły nas zalewać i straciliśmy grunt pod nogami. Sytuacja z sekundy na sekundę stawała się coraz gorsza, zaczęliśmy tracić siły do utrzymania się na powierchni, pamiętam przerażony wzrok ojca, oceniający beznadziejność sytuacji (po latach mi powiedział, że myślał, że już z tego topienia się nie wyjdziemy). Wtedy zaczęłem pomimo walki z żywiołem, bardzo gorąco się modlić. Ruszałem nawet ustami, modląc się do Boga i swojego anioła o ocalenie naszego życia. I od tego momentu bardzo trudno mi opisać ciąg dalszy. Resztkami sił jakoś dopłynęliśmy do ostatniego od strony morza paliku, bardzo śliskiego i raniącego,ale dającego krótką możliwość utrzymania się na wodzie. Nie przestawałem się modlić w myślach. Udało się nam nienaturalnymi dalszymi siłami (w takich sytuacjach ruszają jakieś chyba normalnie niewykorzystywane rezerwy energetyczne ciała) pokonać kilka dalszych palików do brzegu, ale jeszcze pozostało nam co najmniej połowa odcinka, a fale naprawdę tego dnia szalały strasznie, niepamiętam już ile razy wpadaliśmy pod wodę i znowu sie wynurzaliśmy. Wtedy stało się coś niesamowitego - przypłynęło do nas dwóch zwykłych, młodych chłopaków, którzy pomogli nam pokonać resztę tego odcinka (wszyscy ludzie byli na brzegu, ratownicy mieli zaś ręce pełne roboty i nawet nas nie zauważono, tak daleko byliśmy od brzegu). Ci "zwykli" chłopacy trzymali nas za ręce w krytycznym momencie i pomagali nam, gdy wreszcie doszliśmy do gruntu dojść do końca (a ojciec był już naprawdę wycieńczony, ja zresztą też padałem z sił, całe ręce mieliśmy poranione i poharatane od tych palików oraz dużo wody w płucach). Co więcej, trudno mi przypomnieć sobie wygląd tych chłopaków. Mieli oni około 17-18 lat wieku, podobni z wyglądu i zaraz po udzieleniu nam pomocy, gdy im podziękowaliśmy, odeszli. Pamiętam, że jeden z nich miał krzyżyk na szyi.
Wiem, że to teraz trochę brzmi irracjonalnie, ale wierzę, że to mogły być anioły, które nam pomogły, bo to naprawdę niezwykłe, że ktoś odważył się do nas wypłynąć, gdy się topiliśmy (i w ogóle zauważyć, bo byliśmy daleko do brzegu), gdy sami ratownicy nie mogli nam pomóc, pamiętam zresztą, że ponton ratowników po prostu nie mógł wyjść w morze przy tych falach. Chociaż oczywiście nie wykluczam, że mogli to być jacyś, zwykli odważni chłopacy, a moja modlitwa jakoś pomogła ich "przyzwać". W ogóle to tego feralnego dnia dwóch innych ludzi utopiło się na tej plaży, ciało jednego z topielców sam widziałem, było bardzo duże zbiegowisko i płacz jego córki...
Po tym wydarzeniu długo miałem traumę do pływania. Do dziś nie lubię pływać (pomimo, że jestem dobrym pływakiem) na dużych głębiach, nie czując gruntu pod nogami. Mam też silne poczucie (ojciec zresztą też), że coś wtedy bardzo silnie zainterweniowało w nasze życie, zadecydowało, że nasz czas jeszcze nie nadszedł. Nigdy od tego czasu nie miałem takiego zagrożenia życia jak wtedy. Pomimo, że moja religijność zmieniła się od tego czasu, a przez pewien czas miałem nawet okres agnostycyzmu, to nigdy nie straciłem do końca wiary w Boga i aniołów - dziś nawet wracam do tego doświadczenia i jakby trochę staram się odnowić kontakt ze swoim opiekunem duchowym.
