autor: Mirek » 24 cze 2015, 21:39
Co w tej sytuacji możesz zrobić?
Pierwsza ważna rzecz, którą trzeba zrozumieć: wewnętrznie, na poziomie subtelnym nigdy się nie rozstajemy.
Nieważne gdzie będą nasze dusze - na Ziemi, w świecie zmarłych czy innych światach - nadal obcujemy ze sobą,
kochamy się i pomagamy sobie nawzajem. Rozpad powierzchniowej warstwy związanej z ciałem nie ma przy tym
żadnego znaczenia.
Po drugie, im silniej przeżywasz i nie akceptujesz śmierci bliskiego człowieka, tym większą krzywdę wyrządza się
jego duszy, utrudniając wejście i przebywanie w świecie zmarłych oraz kolejne przechodzenia przez inne światy.
Przy czym im mniej jest w Twojej duszy miłości, tym więcej zabierasz jej duszy zmarłego.
Po trzecie, w jakim stopniu poczujesz Boską wolę we wszystkim i zrozumie, że każdy człowiek ma swój schemat
odejścia z Ziemi, który odbywa się w zgodzie z wyższą logiką, w takim stopniu łatwiej będziesz mogła zaakceptować
odejście ukochanej osoby.
Co dalej. Żyłaś tylko ludzką, powierzchniową logiką, która była w Twoim przypadku mocno połączona z miłością.
Gdy powierzchniowa logika rozpadła się, zaczęło się rozpadać uczucie miłości w Twojej duszy. Proszę na jakiś
czas zapomnij o ludzkiej logice i spróbuj żyć Boską logiką - nie myśleć, nie oceniać sytuacji, nie żałować przeszłości
i nie bać się przyszłości. Twoja świadomość za bardzo przygniotła Twoje uczucie miłości. Poczuć się szczęśliwą jest
bardzo prosto. Trzeba się nauczyć odrzucać ciężar trosk, lęków i żałowania. Przypomnij sobie siebie, gdy miałaś 5-7 lat.
Proszę poczuj się dzieckiem, które nie ma przeszłości i które nie martwi się przyszłością.
Niedawno zrozumiałem, dlaczego Jezus mówił: „Bądźcie jak dzieci”. Nieważne ile masz lat, musisz w duszy czuć się
dzieckiem, a wtedy żadne przeciwności losu nie przyćmią Twojego szczęścia. Jednak aby doznać tego uczucia i odrzucić
ciężar świadomości, trzeba poprzez okazanie skruchy i modlitwę oczyścić duszę z agresji wobec miłości.
„Osądzanie, obrazy i jakakolwiek wewnętrzna agresja wobec siebie jest ukrytym życzeniem sobie śmireci."