Piszę ten post z wielką nieśmiałością, nie chciałbym bowiem przeszkadzać Paniom w dyskusji. Piszę go z wielkiej wdzięczności dla Lilo że zechciała zwrócić uwagę na istotny aspekt medytacji. Otóż rzeczywiście jest tak że osoba pogrążająca się w medytacji może dojść do przekonania że nie istnieje. Ani ona, ani cała rzeczywistość.
I tu, z całą stanowczością, pragnę podkreślić że to nie tak.
Istotnie, to co widzimy, słyszymy, czujemy nie jest tym co nam się wydaje że jest. Przypisujemy efektom pracy naszych zmysłów określone pojęcia, nadajemy im wagę itp. Podobnie możemy postępować odnośnie naszych wyobrażeń i (przynajmniej niektórych) snów. Ale, to bardzo ważne, z tego nie wynika że to co postrzegamy naszymi zmysłami to iluzja. To istnieje. Bo my istniejemy. Po to jesteśmy wcieleni żeby istnieć. Wcielenie daje sposobność do uwolnienia się, przynajmniej częściowego, od iluzji. Ale nie mogę zaprzeczyć temu krzesło istnieje ponieważ siedzę na krześle. Zupę jem łyżką. Łyżka też istnieje.
Ole Nydahl, zasłużony dla buddyzmu jak mało kto na Zachodzie, ujął to kiedyś we właściwy sobie, rubaszny sposób: "Ktoś kto chodzi z głową pod pachą zamiast na swoim miejscu nie powinien medytować".
Nauczyciele buddyjscy którym niektórzy, głównie przedstawiciele różnych Kościołów, zarzucają to że utożsamiają metody psychologii ze środkami zbawczymi odpowiadają że buddyzm ma wiele do zaproponowania w kwestii podróży w głąb siebie, ale buddyzm w swojej istocie zaczyna się dokładnie tam gdzie kończy się psychologia.
Pewnie to samo dotyczy też innych religii ale to osobna sprawa.
Piszę to wszystko tak naprawdę nie wiedząc o czym piszę ponieważ dla mnie nigdy nie ulegało wątpliwości że łóżko w którym śpię jest łóżkiem a śpiącym jestem ja.
Ale chyba dobrze że to napisałem.
To tyle, drogie Panie. Znikam (w przenośni, rzecz jasna

).
