No i mamy Nowy Roczek `10... Petardy spadły już chyba wszystkie, policja tylko raz interweniowała pod sąsiednim blokiem (wyjrzałem przez okno bo włączyli syrenę).
Co się tyczy lęku, to nic dodać nic ująć. Nie mogę napisać o zbyt wielu dobrych doświadczeniach kościelnych bo po prostu takich nie miałem. Z tym że zauważyłem istotną różnicę między samodzielną lekturą Biblii a np. słuchaniem kazań które przecież są głoszone w oparciu o perykopy biblijne właśnie. Ciekawe że duchowni podejmujący próbę egzegezy Ewangelii w formie syntezy z duchowością buddyjską mają kłopoty z hierarchią a ta egzegeza jest naprawdę bardzo ciekawa. Widać wtedy w jak dużej mierze język Ewangelii jest językiem symboli, jak go można rozumieć, całkiem inaczej niż dosłownie. I to jest kolejna przyczyna z powodu której nie rozumiem o co tak naprawdę chodzi w Kościele.
I ciekawe jest też to że większość ludzi w ogóle się tym nie interesuje. Przecież każdy ma świadomość tego że umrze. Nie mam na myśli lęku z tym związanego (bo z tym jest związany lęk) ale zwykłą roztropność. No, chyba że ktoś rzeczywiście wierzy w to że robiąc co mu ktoś każe robić postępuje właściwie... To chyba jeszcze relikt z tych czasów kiedy nie wolno było czytać Biblii

.
A jeżeli chodzi o obnoszenie się ze swoim cierpieniem to przyczyny mogą być różne. To zależy chyba od rodzaju cierpienia. Rzeczywiście może być tak że ktoś uważa się za wyróżnionego w ten sposób i chce żeby inni to zauważali. Ale może też być tak że nie wie jak sobie z tym cierpieniem poradzić, domyśla się (być może słusznie) że inni też cierpią i chyba sobie jakoś radzą więc ma nadzieję że powiedzą jak sobie radzić.