Filaretko, dyskusja o Bogu zwykle kręci się (prędzej czy później) dookoła zagadnienia "czy Bóg w ogóle istnieje", a skoro jest wszechmocny i dobry- natychmiast argumentem wykluczającym Jego istnienie staje się zło świata. Wystarczy jeden argument by obalić tezę"istnieje dobry i wszechmogący Bóg", jeśli wyprowadzimy odpowiednie założenia- mamy dowód na to, że takiego Boga nie ma. Założenie zawsze jest jednak ustaleniem zgodnie z moim "widzi misie", toteż mogę każdemu udowodnić, że jest wielbłądem.
Prawda opiera się na prawdzie, a my nie mamy wszystkich danych, by stwierdzić coś kategorycznie! Epikur wyprowadzając tezę którą tutaj dublujemy mitologizował! Technika wymusiła brak pewności co do jego słów!
Epikur powiedział 2+2+x=4, ale nie znał elementu X. Wiedział, że go nie zna i opierał się tylko na tych które znał... w takim ujęciu miał rację, jeśli jednak nadamy zmiennej x wartość różną od zera (powiedzmy- wprowadzamy kwestię reinkarnacji)- okazuje się, że Epikur się mylił, a z pewnością nawet prawidłowa teza (ma 50% szans) poprzedzona jest błędnym rozumowaniem!
Musimy się pogodzić z tym, że nawet, jeśli 2+2+x które miał Epikur my swoją wiedzą zamienimy na 2+2+1+6+3+65+y, to w dalszym ciągu mamy niewiadomy element, który uniemożliwia stwierdzenie z całkowitą pewnością jaka jest odpowiedź na nasze pytanie.
Zadawać właściwe pytania- to podstawa.
Czy Bóg istnieje?
Nie wiem.
Czy mogę wyprowadzić tezę, czy istnieje, domniemanie to opierając o znane fakty?
Tak.
Czy kiedykolwiek będę mógł wyprowadzić tę tezę z całkowitą pewnością jej prawdziwości?
Nie wiem
Mniej-więcej w ten sposób dochodzimy do zakładu Pascala choćby...
Nie odpowiemy sobie na to pytanie! Proszę tylko o pamięć- nikt tu nikomu nic nie udowodni poza błędnością jego pytania. Nikt też nie da pewnej odpowiedzi na pytanie "czy Bóg istnieje". Nie znamy całego świata w 100%, toteż większość elementów mitologizujemy, w rezultacie uniemożliwia nam to stwierdzenie czegokolwiek w sposób autorytatywny. Kontrastowo tę dyskusję przedstawiając stwierdzam teraz:
Bóg nie istnieje, bo boli mnie gardło od rzucenia jarania szlugów. Lubiłem jarać szlugi, jednak wiedziałem, że jest to złe, ponieważ szkodzi mojemu zdrowiu i tym sposobem 'grzeszę' przeciwko darowi życia, który otrzymałem. Szlug łagodzi ból, również ten który wynika z jego działania, w rezultacie przerwanie palenia okazuje się dla mnie cierpieniem na które nie zasłużyłem, ponieważ postanowiłem przestać grzeszyć przeciwko Bogu! JEst to dowodem na to, iż palenie nie jest złe, ponieważ Bóg karze mnie za jego przerwanie. Ale chwileczkę... kiedy palę- proszę się o raka. Jeszcze gorzej... w rezultacie Bóg w przypadku każdego działania które planujemy podjąć (dobrego lub złego) szykuje dla nas cierpienie, które nie jest karą (jak można karać za dwie przeciwne sobie moralnie akcje?). Bóg jest w rezultacie niesprawiedliwym sadystą, co przeczy istocie boskości, toteż nie może istnieć!
Podstawą jest pytanie... wyżej zadałem je źle
