Atalio, może warto popatrzeć na historię jako na sieć różnych powiązań, skomplikowany proces, który tworzą masy ludzkie, a nie tylko wyróżniające się jednostki (przez co nadajemy im znaczenie większe niż de facto stanowili). Można czasami odnieść pozorne wrażenie, że dzieje wojen czy terroryzmu to skutek kilku charyzmatycznych przywódców, ale tak naprawdę Hitler czy Lenin nie pojawiliby się, gdyby nie trafili na odpowiednią koniunkturę ludzkich potrzeb, frustracji czy desperacji. Nie ma w historii żadnego dyktatora, który doszedłby do władzy samodzielnie, bez niczyjej pomocy. Zazwyczaj towarzyszą im ruchy społeczne, których wpływ trudno przecenić. Podobnie Osama Bin Laden nie zrobiłby nic, gdyby nie trafił na podatny grunt. Kto zresztą przeprowadziłby tamte zamachy, gdyby nie było fanatyków gotowych poświęcić życie?
Samo zgładzenie kilku ludzi nic nie daje, bo jest od samego początku błędem - pomyleniem skutku problemu z przyczyną. Poza tym jest to ucinanie głowy, w miejsce której wyrasta kolejna.
Co do punktu drugiego: podobno, gdyby w 1944 zamachowcy działali sprawniej i nie spanikowali, mogliby przejąć władzę nawet mimo tego, że Hitler przeżył. Można? Można
