autor: Luperci Faviani » 25 lip 2008, 12:28
Ten artykuł napisałem w czasach, gdy nie miałem najmniejszego pojęcia o tym, kim był Allan Kardec i czym jest spirytyzm... Dzisiaj mógłbym tu dopisać jeszcze parę innych ciekawych rzeczy. Jeśli ktoś jest na tyle wytrwały aby przez to przebrnąć, zapraszam:
Zwykle, gdy po raz pierwszy wchodzę do tego rodzaju pomieszczenia nie dostrzegam pajęczyn, obdrapanych ścian czy też popękanych szyb w gnijących, drewnianych oknach. Zawsze, bez względu na porę dnia czy roku, wpierw odczuwam lokatorów, jeśli tam mieszkają. Bzdurą jest powtarzanie, że są oni straszniejsi w nocy, gdyż tak samo pachną w południe i o ósmej rano. W ciemności to my sami dopowiadamy sobie wszystko, czego w rzeczywistości nie ma. Wyolbrzymiamy, nie widzimy wroga, choć oni, pewnie wcale się za niego nie uważają ; trudno powiedzieć.
Niechętnie zapuszczam się w wielowieczne ruiny, stęchłe mieszkania starego budownictwa czy ledwie stojące, na odludziu, przeżarte przez kilka generacji korników, szopy lub ziemianki. Spotkanie, a raczej wyczucie któregoś z nich wcale nie należy do miłych doświadczeń. Najczęściej, pierwszą oznaką kontaktu jest…podmuch. Wilgotny, lub suchy…podmuch w twarz łączący się z lekkim dreszczykiem przemierzającym plecy, począwszy od szyi. Zaraz po tym pojawia się chłodny pot, który cichutko dodaje pikanterii, zżerając natrętów jak kwas, przenikając przez lodowatą skórę do kości, jelita przez brzuch. Podążając głębiej, na pokoje, zapach starości i zgrzybiałej armatury pomnaża niepokój gnieżdżący się w umyśle dręczyciela spokoju i ci, których wiara nie pozwala zajrzeć dalej w otchłań mroku, powinni wnet zawrócić z drogi prowadzącej tu, być może, do zlodowaciałego obłędu. Badając kolejne pomieszczenia intrygującej budowli odczuwamy miejsce, gdzie gromadzi się energia jak ta, którą nasze ciało, naturalnie wykrywa, gdy inny człowiek podąża ulicą obok nas. Takie, też, doznanie nie raz i nie rzadko, miewamy w naszych domach bądź w naszych nowoczesnych mieszkaniach, czasem w biały dzień, a czasem pod wieczór ; jakby ktoś tędy przechodził, po prostu, zwyczajnie… Wówczas nie ma wątpliwości…oni tu są. Gdy już wiem, nie myślę o strachu, o ucieczce. Czuję, jednak, niepokój. Nie zaprzeczam, że bez towarzystwa mógłbym chcieć wiać czym prędzej, oby jak najdalej… Dziwne, jednak, są moje myśli, gdyż w zetknięciu z „lokatorem”, gdyby zdarzenie nabrało złego obrotu, żaden mój najodważniejszy kolega w nijaki sposób nie byłby w stanie udzielić mi pomocy, a nawet, czego byłem już świadkiem, mógłby nie zorientować się, że w ogóle coś zaszło. Kilka lat temu zamieszkałem w prowincjonalnym hotelu, z kolegą, w dziesięciometrowej dziupli. Spałem przy drzwiach, koło okna, on w głębi, przy ścianie. Pamiętam jak dziś tamtejszą gorącą noc, jedną z wielu, gdy pioruny pięknie dawały o sobie znać. Przebudziłem się, sam nie wiem kiedy, gdy w rogu maleńkiego pokoiku, nie więcej niż półtora metra ode mnie, stwierdziłem obecność jak najbardziej wyraźnej postaci. Stereotypowo zabrzmi, że była jasna, miała bladą cerę i długie, blond włosy. Biorąc pod uwagę wzrost dziewczynki oceniłem jej wiek na dziesięć - dwanaście lat. Patrzyłem na wprost, niczego nie czułem, aż nagle, przy kolejnej błyskawicy zniknęła. Dopiero w tym momencie ogarnął mnie strach, nie na długo, na szczęście, na parę króciutkich sekundek. Zadałem sobie pytanie, skoro nie obawiałem się gdy była, dlaczego miałbym się bać gdy jej nie ma? Przecież nikogo nie skrzywdziła. Dzisiaj z pewną sympatią wspominam tamto niecodzienne doświadczenie. Kolega, który spał w łóżku obok dopiero niedawno dowiedział się o sytuacji. Wysłuchał mojego opowiadania z lekkim, ironicznym uśmieszkiem, ale czy mogę mieć do niego o to pretensje? Sam ten przykład dowodzi, iż z przyjaciółmi w obliczu „lokatorów” starej kamienicy wcale nie jesteśmy bardziej bezpieczni, a oni wcale nie są mniej groźni (jeśli w ogóle można użyć tego słowa). Wydaje mi się, że jedyną ich bronią przed światem żywych jest…masz strach. Mówi się, że odwiecznym prawem duchów jest właśnie straszenie; brzmi zabawnie, ale coś w tym jest. Ukazują się gdy, na przykład, pragną nas przegonić… Pewnej wyjątkowo jasnej nocy jechałem moim luksusowym samochodem wąską drogą wzdłuż drutów byłego KL. Birkenau. Zawsze intrygował mnie widok obozowych baraków w blasku księżyca, więc postanowiłem zwolnić do minimalnej prędkości i zgasić światła. Co uczyniłem. Zamiast interesujących mnie zabudowań zobaczyłem…w lusterku wstecznym, przez ułamek sekundy, siedzącego na tylnim fotelu ostrzyżonego na zero więźnia w obozowym pasiaku. Wiele mi nie trzeba było. Z jedynki zrobiła się piątka i z rakietowym przyśpieszeniem opuściłem niegościnną okolicę. Opisując niniejszą sytuację wciąż odczuwam chłodny pot i dreszczyk, o którym mowa na wstępie. Nieprzyjemna sprawa. Ale cóż, bywało gorzej. Kilka razy, we śnie, odnosiłem wrażenie, jakby nagle, niewiadomo skąd, napadało na mnie coś, co mnie kompletnie paraliżowało, jakaś siła, przebudzałem się, chciałem krzyczeć ze strachu, lecz nie byłem w stanie wydać z siebie niczego z wyjątkiem gardłowego, głuchego dźwięku…i zawsze ten sam pot, ten sam dreszcz przenikający ciało, przez kości i płuca… Dla kontrastu wspomnę o innym spotkaniu gdy w bezsenną noc pojawiła się nad moim łóżkiem lewitująca pod sufitem, przeźroczysta, czerwona twarz [chyba] mężczyzny, by po upływie kilkunastu sekund powoli zniknąć lub gdy późną nocą przyszła do mnie zmarła ponad dwadzieścia piec lat wcześniej dwudziestopięcioletnia ciocia, którą ponoć znalem ale, której kompletnie nie pamiętałem. Nocowały wtedy u mnie cztery osoby. Znajomi z innego miasta i młode małżeństwo tu mieszkające. Tamtej nocy, pojawienie się mojego przodka spowodowało u mnie stan tak cudowny, jakbym odrodził się w niebie. Mimo wszystko, nieustannie zdawałem sobie sprawę z miejsca, gdzie się znajdowałem, a był to pokój babci z wiszącymi na ścianach przeróżnymi, dziwnymi ozdobami, mordami z kory, rozgwiazdami, paciorkami i innymi straszącymi dzieci ozdobami ręcznej roboty, które jakiś czas temu przyglądały się jej powolnej, aczkolwiek szybkiej śmierci. Ale babci już z nami nie ma, tego jestem pewien…
Luperci Faviani - życie jest niczym, wieczność jest wszystkim.
La certitude est une autre dimension de la croyance.