Wiem, że to co napiszę może wydać się takim jakby "standardem", przecież wiele osób tak ma. Ale widzę i wiem że to może być jedyne miejsce gdzie mogę o tym spokojnie porozmawiać, bez obawy że ktoś weźmie mnie za wariata
Odkąd pamiętam byłem "szczęściarzem". Wiele osób mi to powtarzało, i bliscy i znajomi. Zawsze, kiedy coś działo się nie najlepiej w ostatniej chwili jakoś tak "samo" znalazło się rozwiązanie. Zawsze znalazłem pracę lepszą niż wcześniej, zawsze spotkałem kogoś kto wnosił wiele do mojego życia. Nie miałem żadnych bardzo przykrych problemów rodzinnych czy zdrowotnych. Taki zwykły szary obywatel
Teraz, po latach kilkunastu, (a konkretniej jakieś trzy mies. temu) pomyślałem że może czas trochę wziąć się za siebie m.in. w kwestii duchowej. Zacząłem szukać informacji na temat relaksacji, medytacji i samodoskonalenia. Oczywiście znalazłem niesamowitą ilość mniej lub bardziej potrzebnych informacji. Między innymi były to informacje o autohipnozie i autosugestii. I mimo dość sceptycznego podejścia stwierdziłem że to działa! Siła podświadomości jest przeogromna. Zagłębiając się więcej w temat postanowiłem spróbować pisma automatycznego (rozmowa z podświadomością za pomocą wahadełka już nie wystarczała:)). Psycholog Leslie M. Lecron książce "autohipnoza", na której się zresztą bazuję napisał iż 4 na 5 osób może opanować pismo automatyczne. No i zacząłem. Przy chyba trzeciej sesji coś się zaczęło dziać. Były to jedynie bazgroły, kompletnie nic nieznaczące. Ale przy kolejnej już było inaczej. Niedużo, kilka słów których sensu część się tylko domyślałem, jakieś imię, zresztą nieistotne. Najważniejsze, i to mnie można powiedzieć zszokowało był podpis: wasza Dana. Nie spodziewałem się go tym bardziej że miałem rozmawiać z własną podświadomością. A Dana to była przewspaniała osoba z rodziny mojej żony, która gdyby miała możliwość to pomogłaby całemu światu. Niestety kilkanaście lat już nie ma jej między nami. Wtedy zacząłem szukać informacji na temat pisma automatycznego i trafiłem tutaj. I bardzo się z tego cieszę.
1)Nie wiem co mam teraz sądzić czy pismo automatyczne może służyć do komunikowania się z własną podświadomością? Dla mnie nie ulega wątpliwości że podświadomość potrafi rozwiązać najbardziej zawikłane problemy, przekonałem się o tym osobiście.
2)Czytając Allana Kardec'a pojawiają się inne pytania i wątpliwości.
W "Księdze Duchów" czytamy iż człowiek składa się z trzech części:
-ciała (materia)
-duszy (duch wcielony)
-łącznik pomiędzy duszą i ciałem (perisprit- czynnik półmaterialny)
Do tego można by dołożyć jeszcze świadomość ducha która po wcieleniu jest ograniczona a więc człowiek jako taki nie pamięta np. poprzednich wcieleń (większość ludzi)
Z punktu widzenia psychologii (nie jestem psychologiem, jak już pisałem bazuję się na w.w. książce) z ciałem związana jest centralna świadomość która składa się (wg Freuda) z kilku warstw: świadomość (EGO czyli to co obejmują nasz zmysły), warstwa porównywalna z sumieniem (SUPEREGO) a także warstwę tuż pod progiem świadomości (I) jako miejsce pamięci, popędów oraz instynktów pierwotnych.
Może tylko ja tak mam ale wydaje mi się ze jest tu jakiś związek. Czyż nie może być tak, że psychologia w pewnym stopniu potwierdza podstawowe założenia nauki spirytystycznej? Jak sam Allan Kardec w "Księdze Duchów" napisał we wstępie dużo zależy od terminów i słów jakimi będziemy się posługiwali.
3) Trzecia kwestia dotyczy sytuacji nazywanej deja vu. Często tak mam że przez bardzo krótką chwilę mam wrażenie że sytuacja w której się znajduję miała już miejsce i np. zaraz ktoś podejdzie lub wejdzie przez drzwi. To trwa może sekundę lub dwie. Czy to ma związek z tym, ze dusza wie co mnie czeka i np. mam jakiś przebłysk w danej chwili? Wiem że niektórzy boją się takiej sytacji, a ja wręcz przeciwnie, mam wrażenie że wybieram dobrą drogę w życiu.
Na koniec chciałbym jeszcze podzielić się jedyną "dziwną" sytuacją jaka miała miejsce w moim życiu. Nie pamiętam tego zbyt dokładnie, zresztą moja pamięć zawsze była jakaś "ograniczona":) Czasem opowiadam to zdarzenie w towarzystwie w formie żartu. Miałem wtedy 16 może 17 lat. Coś robiliśmy z tatą i kuzynem przy jednej z maszyn do której była podłączona spawarka. A ze była "własnej roboty" cała maszyna była pod prądem. No i tak się złapałem jakiegoś uchwytu a że było tam 220V więc jak wiadomo skurcz mięśni uniemożliwił mi oderwanie się od tego. Trwało to może kilka może kilkanaście sekund zanim kuzyn odłączył ten prąd. W tym czasie pamiętam tylko że przez chwilę próbowałem otworzyć zaciśnięte palce, niestety bez rezultatu. I mam tylko przebłysk ze zanim spadłem na ziemię jakbym widział podwórko z jakiejś wysokości, jakbym się uniósł przez ten prąd jakiś metr może dwa:) Wśród znajomych zawsze opowiadam że polatałem chwilę:)
Wybaczcie mi ten chaos ale mam taki natłok myśli . jeżeli ktoś chciałby wyjaśnić mi coś na temat wypunktowanych kwestii to będę wdzięczny.
Pozdrawiam wszystkich czytających ten post:)
Mariusz

