danut pisze:nieskończenie to pojęcie abstrakcyjne, zgłębić jej nie jestem w stanie i dlatego wciąż żyję, żyję tu, tam i dalej i jak Syzyf pragnę osiągnąć szczyt, czyli doskonałość, która do osiągnięcia wcale nie jest, bo kamień wypada mi, stacza się znowu niżej, a ja podejmuję wysiłek znów i tak w koło Macieju. I tak można to widzieć, ale zakończenie czy to za milion, czy za biliardy biliardów lat( a nazwy nowe jeszcze można tworzyć i wciąż dodawać zera) i tak będzie zakończeniem. I to zakończeniem istnienia, bo gdy zaprzestanę działania nie będzie już dla mnie nic, stracę poczucie siebie, pojawi się brak sensu życia, skoro wszystko mi "będzie wisieć" rozbiję się na kawałki zapadnę w chaosie i nie będzie mnie. Jednak nic nie ginie bo i z tych kawałków mnie coś może powstać i to z każdego osobno. Naukowcy twierdzą, że Wszechświat się rozszerza, ale w którymś momencie znowu zacznie się kurczyć, znowu może wrócić do punktu zerowego, a energia nigdy nie ginie, więc takie cykle mogą znowu i znowu... się powtarzać, a w najmniejszej części takiego układu odbija się cały układ.
TAK,TAK,TAK. i jeszcze raz tak. Dokładnie tak będzie Danut

Tyle, że według spirytyzmu kamień nie spada na sam dół, a może tylko się zatrzymać na chwilkę. I tak, rozbijesz sie na kawałki, na kwanty, na energię. A czymże jest Bóg właśnie? Te rozbicie się na kawałki, teoretyczne "unicestwienie" siebie, to właśnie połączenie z Bogiem, z inną Energią, Informacją czy jak to tam nazwiesz. A piszę teoretyczne, bo "w przyrodzie nic nie ginie, zmienia tylko miejsce pobytu"

.
soldado pisze:przecież nigdy nie będziemy równi BOGU
Według mnie na końcu właśnie połączymy się z Bogiem, czyli niejako zostaniemy Bogiem. Co mniej więcej znaczy, że będziemy mu równi.

Fruwla według spirytyzmu nigdy nie może być gorzej.

W rozwoju można się zatrzymać ale nie cofnąć.