autor: kalatala » 22 cze 2013, 13:05
Mam od dziecka nawyk ratowania robaczków. Zbieram z chodników dżdżownice wyległe po deszczu, wynoszę z domu pająki, złotooki, ćmy, chrabąszcze, łapię w autobusach pszczoły i wypuszczam je na przystanku. Nie chwalę się tym, wręcz jest mi wielokrotnie głupio, gdy robię to w przestrzeni publicznej, bo wiem, że ludzie z tego powodu uważają mnie za dziwaczkę. Jeśli z jakiegoś powodu nie uratuję tej istotki, to mam potem wyrzuty sumienia. Nie jestem w stanie zaakceptować takiej sytuacji. Muszę pomóc.
Mówisz Kymaro, że najpierw trzeba zmienić siebie, a potem brać się za świat. Otóż ja to uważam za zmienianie siebie. Właśnie w ten sposób, mając miłosierne podejście wzlędem istot słabszych ode mnie, rozwijam się i wdrapuję się na wyższe szczeble duchowości. Akceptacja tego typu sytuacji - jak różne by nie były - bierna postawa, jest zamykaniem się na doświadczenia życiowe, na rozwój wewnętrzny.
Czu Jezus widząc, że ludzie chcą ukamieniować Marię Magdalenę po prostu zaakceptował sytuację? Nie. Swoją ingerencją uratował jej życie i dał ludziom piękną lekcję miłosierdzia. Czy gdy przychodzono do niego z prośbą by kogoś uzdrowił lub ożywił mówił ludziom, by po prostu zaakceptowali to, co się stało? Nie. On im pomagał. Ty natomiast propagujesz postawę bierną, antyspołeczną. Nie życzę Tobie, by gdy ktoś Ciebie zacznie wyzywać i bić na ulicy, wszyscy przechodnie odwrócili głowy i zaakceptowali to, że dzieje Ci się krzywda.
Inną sprawą jest akcetowanie czegoś, czego zmienić w żaden sposób nie można. Jak na przykład wczoraj. Pobiłam mój ulubiony, prześliczny, szklany dzbanek ze srebrną rękojeścią. Kiedyś dostałam go od matki. Stał krzywo, ja go trąciłam, przewrócił się, rozbił. Co mogę zrobić? Nic. Mogłam jedynie zaakcetować to, co się stało. Tym bardziej, że jakby nie było to tylko rzecz materialna. Trudno.
Na koniec mam kolejny przykład, moim zdaniem pokazujący różnicę pomiędzy wybaczaniem a akceptacją. Jestem ofiarą przemocy domowej, ze strony matki, głównie przychicznej i emocjonalnej. Nie wiem dlaczego takie życie sobie wybrałam, jakiś powód musiał być. Przez lata zmagałam się z problemami, które ta przemoc we mnie wywołała. Dalej się zmagam. Mogłam się poddać i po prostu zaakceptować to, że jestem jaka jestem z tego powodu, czyli pić, brać narkotyki, tyć, kompletnie nie mieć szacunku do siebie, zadowolić się edukacją na poziomie matury. Ale czy to by było dobre wyjście?
W pewnym momencie na kilka długich lat zerwałam kontakt z moją matką, bo już nie wytrzymałam. Doszłam do wniosku, że zdrowie psychicznie jest ważniejsze od podtrzymywania relacji. Nie byłam w stanie zaakcetować tego, że mnie niszczyła i chyba nikt nie powinien się na coś takiego zgadzać. Dziś jesteśmy w kontakcie, ale w momencie, gdy próbuje tych swoich ohydnych sztuczek ja myślę sobie "no to pani na razie dziękujemy" i przestaję się do niej na jakiś czas odzywać. Nie można akcpetować tego, że ktoś robi krzywdę drugiej osobie. Natomiast jak najbardziej należy starać się wybaczyć tej osobie i - tu sie zgodzę z Kymarą - zaakceptować przeszłość, bo jej nie można zmienić. Stało się, trudno. I wcale nie uważam, że wybaczenie i akceptacja to jest to samo - wybaczyć można osobie, akceptuje się sytuację. Staram sie wybaczyć matce i zaakceptować przeszłość, ale nie mogę i nie powinnam akceptować jej podłych zagrywań oraz konsekwencji trudnej przeszłości.
Mam wrażenie, Kymaro, że jesteś jeszcze bardzo młoda i życie nie dało Ci wystarczająco dużo materiału do przemyśleń.