Nie wiem czy dobrze wybrałem, tak naprawdę większość doświadczeń to po prostu dużo "gadania". Poza tym moja przygoda układa się chronologicznie i obejmuje dużo więcej wątków. Postaram się wrzucić coś z każdego obszaru w miarę możliwości. Mam nadzieje że będzie to zrozumiałe, nie chciałbym pisać kto, po co, za co i dlaczego, ponieważ to dość długa historia.Opowieść ta pochodzi z "progu", chociaż ja stosuję dla tego obszaru nazwę "zgliszcza",głównie dlatego że jest tu pełno "wypalonych dusz".
Ten sygnał domaga sie wyjaśnienia od dłuższego czasu. Czarno biały obraz żaglowca nabiera głębi i podzieli się swoja historia. Jest kiepska pogoda, noc, wysoka fala, okręt ma uszkodzony ster i niebezpiecznie nabiera wody. To końcówka XVII wieku i okręt liniowy brytyjskiej marynarki wojennej HMS Mordaunt. Zaraz wpadniemy na skały. Bosman kurczowo trzymający ster nie zdoła zapobiec zderzeniu. Marynarze uwijają się przygotowując szalupy,
część ludzi znajduje się jeszcze pod pokładem gdy następuje wstrząs wskutek którego ludzie lecą jakby ciśnięci niewidzialna reką na lewa burę. Chyba wszyscy byli przywiązani ponieważ nie padła żadna komenda. Schodzę pod pokład, okręt przechylił się, przez co część kajut została zalana. Na szczęście mnie to nie dotyczy, jestem tylko obserwatorem tych cieni... Sygnał jest coraz bardziej intensywny. Male pomieszczenie bez bulaja było pewnie prochownia, tam gdzie kiedyś znajdowały się drzwi teraz jest sterta beczek. I człowiek którego cala uwaga pochłonięta jest walką o ostatni haust powietrza. Od ponad trzystu lat... Moja praca skończona, wszelkie próby kontaktu spowodowały by tylko moja frustracje, pozostaje mi zaprosić Marlę. Zresztą już tu jest, to miękkie swiatło poranka które rozjaśni każdy mrok, trudno opisać co to za kobieta, dla mnie jak anioł chociaż dla tego biednego rozbitka jest syreną która pomoże mu w końcu pójść dalej. Jej promieniowanie zwróciło uwagę, wystarczająco by mogła pocałunkiem przekazać mu powietrze, chociaż to nie do końca tak... chciałbym to opisać, ale nigdy czegoś takiego nie widziałem/czułem, te kolory, światło, dynamika, delikatność i miłość, każde słowo to jak muśnięcie powierzchni tego zjawiska. Wirując wracamy. Na powierzchni czeka łódka ze znajomymi rozbitka, to jak inny świat w porównaniu z mrokiem ostatnich chwil. Jest w dobrych rekach, gdy dojdzie do siebie pewnie się spotkamy, a tymczasem mogę się tylko pożegnać ponieważ mój wewnętrzny wskaźnik pokazuje koniec podróży...

