Depresja i CHAD

Forum dla osób cierpiących na depresję. Wymiana doświadczeń w radzeniu sobie z tą chorobą, spirytystyczne podejście, konwencjonalne podejście
Regulamin forum
Zamieszczane w tym forum materiały i dyskusje mają na celu pomoc osobom cierpiącym na depresję. , Regulamin viewtopic.php?f=2&t=412&p=4054#p4054

Depresja i CHAD

Postautor: Casandra » 16 kwie 2016, 22:55

Witam ponownie, nie zaglądałam tu od grudnia poprzedniego roku. Teraz czuję, że to był błąd, ponieważ spirytyzm wielokrotnie mi pomógł, tak jak i ludzie z tego forum. Teraz jestem tu znowu, szukając wsparcia i chcąc dawać wsparcie, bo wiem, że ludzi z podobnymi problemami do moich jest wielu. Bardzo wielu.

Znacie to uczucie, gdy macie wszystkiego dosyć, nienawidzicie świata i ludzi a każdy rozpoczynający dzień kojarzy się tylko z męką? Wiecie jak to jest, gdy upadająca łyżka może spowodować wybuch płaczu bądź uruchomienie totalnego nerwa, połączonego z lawiną niecenzuralnych słów? Albo jak wiele ukojenia daje łóżko w pokoju z zasłoniętymi oknami, z którego nie ma się chęci wychodzić po kilkanaście godzin na dobę? A może też mieliście nie raz chęć warczeć na całe otoczenie z byle powodu? A i jeszcze to uczucie "nic mi się nie chce, nie dam rady, jestem zmęczona", które pojawia się w głowie, gdy widzicie stertę naczyń w zlewie, brudne ubrania w koszu, pustą lodówkę. I tak codziennie, dniami, tygodniami, miesiącami. Praca? Na co mi praca, NIE DAM RADY DO NIEJ IŚĆ, wezmę zwolnienie, potem kolejne, potem znowu. Partner? Niech nawet nic do mnie nie mówi, niech zostawi mnie w spokoju, czy on nie rozumie, że NIE MAM NA NIC OCHOTY? Dziecko też może zająć się sobą samo, samo zrobić jeść i odrobić lekcje. Nie ważne, że kilka razy dziennie pyta z nadzieją, czy poświęcisz mu w końcu chociaż chwilę czasu. Nie ważne, że jego nauczycielka dzwoniła już kilka razy i prosiła o pojawienie się w szkole. Ma się tylko chęć, aby wszyscy dali nam w końcu święty spokój...

Nie zliczę, jak wiele razy w moim życiu pojawiały się takie okresy, w których życie stawało się dla mnie męką. Jakoś zawsze udawało mi się po jakimś czasie z tego wyjść i jakiś czas funkcjonowałam w miarę dobrze, czasem nawet wręcz świetnie. Okresy pełnego szczęścia przeplatały się z okresami doła, w którym wielokrotnie myślałam o śmierci. To była totalna huśtawka - potrafiłam pracować na pełnej parze i odnosić ogromne sukcesy w życiu zawodowym jak i prywatnym, by za parę miesięcy dojść do wniosku, że moje życie to porażka, muszę coś zmienić (mieszkanie, faceta itp) i podświadomość nie dawała mi spokoju, do momentu, w którym nie zrujnowałam czegoś w życiu. Potem pojawiała się wielka chęć działania, w której na tych zgliszczach budowałam coś nowego, pięknego w moich oczach. Były kolejne sukcesy, pochwały, czułam się taka mądra, piękna, kochana. Mogłam przenosić góry, byłam wsparciem i przykładem dla wielu osób w otoczeniu. Potem znowu coś mi zaczynało przeszkadzać, traciłam pewność siebie, chodziłam przygnębiona, zaczynałam tyć i przestawałam o siebie dbać. Pojawiała się nienawiść do otoczenia. Miałam masę wymówek dla swojego zachowania - zmarła mi mama, miałam ciężkie życie, jestem zapracowana, ciągle miałam problemy ze zdrowiem. I pewnie żyłabym dalej na tej karuzeli krzywdząc rodzinę i samą siebie, gdyby los nie sprawił, że z powodu bardzo złego samopoczucia (mimo świetnych wyników badań) trafiłam do szpitala na oddział neurologiczny. Tam lekarze zaczęli się dopatrywać w moich objawach somatycznych związku z tym, co siedzi w psychice. Dla mnie to była abstrakcja, bo nie zdawałam sobie nigdy sprawy ze swojego stanu. W moich oczach byłam całkiem "normalna", tylko może zbyt nerwowa, czasem zbyt smutna. No i może tylko te moje lęki wydawały się dziwne - lęk przed egzaminem, wyjściem do sklepu, jazdą samochodem. Łatwo zapominałam o dołkach, w których nie chciałam kontynuować życia, bo przecież po nich następowały "tłuste lata", więc moja podświadomość łatwo kasowała złe wspomnienia.

Zrobiono mi wnikliwe badania i podesłano psychologa na rozmowę. I pierwszy raz ja - ostoja rodziny, wieczne wsparcie wszystkich i wszędzie, osoba będąca oczytaną i doświadczoną życiowo, do której tłumnie ustawiano się po rady i pomoc - usłyszałam, że to MI potrzebna jest pomoc. Powiedziano mi, że moja psychika jest na granicy wytrzymałości, woła o pomoc za pomocą objawów wielu chorób. Spychałam problemy do podświadomości, dusiłam zawsze emocje w sobie, więc zaczęły jak robal zżerać mnie od środka.

Trafiłam do psychiatry. Podjęcie tej decyzji nie było dla mnie łatwe, w końcu po co mi lekarz od "czubów"? Przecież ja jestem "normalna"! Ale jako, że od zawsze jestem ciekawskim ludkiem, pochłaniającym książki tonami, postanowiłam poczytać o swoich objawach. I tu otworzyły mi się oczy, zrozumiałam, że prawdopodobnie mam nawracającą depresję. Lekarz potwierdził moje przypuszczenia i wypisał leki przeciwdepresyjne.

Po lekach i 2 miesiącach zwolnienia lekarskiego poczułam się o wiele lepiej. Zakochałam się, zamieszkałam z nową miłością, raj na ziemi. Zajęłam się intensywniej życiem domowym i bliskimi. Po kilku miesiącach do gabinetu psychiatry weszła szczuplejsza o prawie dwadzieścia kilo uśmiechnięta kobieta w szpilkach, zamiast ponurej ubranej w byle co istoty, którą widział na pierwszej wizycie. Lekarz był zachwycony szybkimi postępami, zmniejszył mi dawkę leków i za jakiś czas miałam je już odstawić całkowicie. Przez ten czas oczywiście brałam udział w terapii dla DDA i rodzin współuzależnionych (rodzice byli alkoholikami). Czułam się jak nowo narodzona. Szybko przestałam chodzić na terapię, bo po co mi to, przecież się już wyleczyłam, a poza tym to tak daleeeeeko od domu. I to był pierwszy objaw nawrotu choroby. Oczywiście zanim zdałam sobie z tego sprawę, doprowadziłam się do stanu jak wcześniej. W międzyczasie zmarł mój brat, więc wierzyłam, że mam powody do dołka. Ale dołek nie mijał, zaczęłam zawalać pracę i odsunęłam się od znajomych i rodziny. Przytyłam znowu 15 kilo i czułam się jak...szkoda słów. Po roku od pierwszej wizyty ( ciągle brałam leki) w gabinecie u psychiatry pojawiła się kobieta z samopoczuciem jak po potrąceniu tirem i niewiele lepszym wyglądem. Do tego z totalnym kacem moralnym, z powodu gdzieś kołaczącej się myśli, że żadna ze mnie matka dla mojego dziecka. W domu dziecka miałby więcej wsparcia i opieki. To mnie jeszcze bardziej dobijało. Lekarz stwierdził, że zbagatelizował moje objawy i jednak mam DUŻĄ a nie lekką depresję. Zmienił leki, zwiększył dawkę. W międzyczasie szukając pomocy na forach trafiłam tutaj, poznałam spirytyzm i wiem, że dało mi to więcej wsparcia i pozytywnej energii niż wszystkie leki świata. W jakimś stopniu poczułam, że trafiłam do domu. Zaczęłam się modlić, starałam się być lepszym człowiekiem i poukładać sobie moje wnętrze. Dużo czytałam, rozmawiałam z ludźmi, przestawiłam się na duchowość z materializmu. Dążyłam do zmian wewnątrz mnie, bo do tej pory zmieniałam tylko otoczenie. To był błąd. Zmiany trzeba rozpoczynać od siebie.

Informacja o mojej chorobie nie wstrząsnęła moją rodziną, za to partnerem bardzo (negatywnie). Od nikogo wsparcia nie otrzymałam, ale byłam na etapie czucia się znowu silną kobietą, wierzyłam, że dam radę. Ale do bycia silną jestem przyzwyczajona od zawsze, tak jak do bycia samotną wyspą wśród ludzi, ale o tym już pisałam w innym wątku.
Mimo potępienia otoczenia nadal szukałam wsparcia w spirytyzmie i tutaj mogę zaświadczyć z całym przekonaniem, że otrzymałam je. Czułam w sobie o wiele więcej spokoju, zrozumienia dla zdarzeń i ludzi z mojego życia. Pogodziłam się ze śmiercią moich bliskich i cierpieniem, jakiego doświadczałam od najmłodszych lat (problemy rodzinne). I co najważniejsze - nigdy, ale to przenigdy więcej nie pomyślałam o samobójstwie. Po tym co przeczytałam i zrozumiałam nawet w stanach największego doła takie myśli już nie przychodzą mi do głowy. Nie umiałabym tego zrobić. Nie po tym, co wiem teraz o swojej duszy.

Mimo wielu starań i przyjmowanych leków dopadł mnie kolejny dół. Porzuciłam forum, tak jak i inne zainteresowania, przestałam się modlić i rozmawiać ze swoim Opiekunem, znowu pojawiła się nienawiść do ludzi. Przesypiałam większość doby, kłóciłam się z partnerem o brak zrozumienia, czułam zmęczenie i zniechęcenie, wszystko mnie drażniło. Znowu w pracy spadłam na jedno z ostatnich miejsc, współpracownicy zaczęli się na mnie skarżyć a ja najchętniej spędzałam czas w toalecie grając w gierkę na telefonie. Nie dawałam sobie zwrócić uwagi, traktowałam to jak ataki na moją osobę. Dziecko znowu straciło zainteresowanie matki (nie umiałam go zaniedbać i czułam, że go kocham, ale nie miałam czasu na zabawę, czy dłuższe rozmowy, nie miałam sił i nerwów na obcowanie z kimkolwiek). Partner nie chciał słyszeć o kolejnej wizycie u psychiatry, twierdził, że lekarze wmawiają mi choroby, że te leki mi szkodzą, że bardzo mnie zmieniły (byłam za spokojna jego zdaniem, przymulona a moje libido leżało i kwiczało, jaki facet to zniesie?).

Po kilku tygodniach takiej męczarni pod wpływem impulsu poszłam znowu do lekarza. Innego niż dotychczas. Jego ulotka sama ostatnio wpadała mi w ręce i "coś" mi mówiło, że to dobry pomysł. Miałam dobre przeczucia. Lekarz dokładnie mnie przepytał, interesował się rzeczami, o które poprzedni nawet nie zapytał, zlecił badania psychologiczne (których nie miałam wcześniej zrobionych) i orzekł, że...zostałam źle zdiagnozowana. To nie depresja, tylko CHAD, choroba afektywna dwubiegunowa. Dużo cięższa do rozpoznania, do opanowania również. Charakteryzuje się naprzemiennymi okresami depresji i mani (intensywnej szeroko rozumowanej nadaktywności) oraz remisji, w której człowiek czuję się normalnie, bądź prawie normalnie. O ile walka z depresją ma szanse powodzenia (wyleczenia na stałe) o tyle CHAD...nie. To przyjaciel na całe życie. Leki będę brać na stałe. Dobrze dobrane leki, terapia i stała opieka lekarza podobno mogą zapewnić choremu co raz dłuższe okresy remisji, skrócić okresy depresji i manii i znacząco je złagodzić. Biorę antydepresanty ( z czasem mam je podobno odstawić, dowiem się więcej na kolejnej wizycie) i tak zwane stabilizatory nastroju nowej generacji (lek podawany osobom chorym na padaczkę, który zapobiega pojawianiu się depresji). No i jestem znowu z Wami. Jeśli to połączenie nie postawi mnie na nogi, to nic mi nie pomoże:-)

Z jednej strony czuję ulgę, że w końcu wiem co mi jest (diagnozę postawiono kilka dni temu), z drugiej - lepiej by było dla mnie, jakby to była zwykła depresja, bo to co czytam na temat CHAD jeży mi czasem włosy na głowie. Z trzeciej strony boję się, że czy to, że przez tyle lat (od gimnazjum) bagatelizowałam objawy (początki były bardzo łagodne) i wcześniejsze źle dobrane leczenie nie zmniejsza teraz mojej szansy na ogarnięcie i chwycenie choroby w ryzy. Bo czytałam, że tak może być.

Dlatego apeluję, wręcz krzyczę do wszystkich, którzy mają podobne objawy - udajcie się do lekarza! Nie bagatelizujcie swojego samopoczucia. Nie dajcie się zakrzyczeć otoczeniu i wmówić, że psychiatra to lekarz od psycholi, że wstyd do niego chodzić. I co najważniejsze - chore ciało potrzebuje leków, chora dusza - pokarmu. Jeśli zaopiekujecie się tymi dwoma aspektami, to jest większa szansa na uzyskanie równowagi, tak cielesnej jak i duchowej. Ja każdemu polecam spirytyzm, jako rewelacyjny balsam dla duszy praktycznie ze wszystkimi problemami. Nawet, gdy nie zaglądałam na forum, to spirytyzm był przy mnie, chociażby w myślach, w rozmowach. Mój Opiekun powinien dostać złotą aureolę za cierpliwość do mnie, bo trudna owieczka mu się trafiła:-)

Jeśli ktoś ma jakieś pytania w związku z depresją lub CHAD, to polecam się, jestem już weteranką (no dobrze, przynajmniej tak się czuję), łyknęłam wiele pigułek i wiele książek na ten temat, wiem ile daje szczera rozmowa z kimś, kto nam wierzy i nie bagatelizuje naszych emocji i samopoczucia. Pomóżmy sobie nawzajem, rozmawiajmy. Bez krytyki, bez oceniania, bez potępiania. Wspierajmy się. I ci, którzy mają już depresję i lęki za sobą i ci, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z tym wrogiem (przez niektórych zwanym przyjacielem).

Wiem, że nie raz obcy ludzie potrafią dać więcej wsparcia niż rodzina. Nikt w takiej sytuacji nie powinien być sam, bo samotność to dobry kumpel depresji.
Stworzyłeś Panie tyle krętych dróg, pozwól mi proszę dostrzegać też Twe drogowskazy.
Awatar użytkownika
Casandra
 
Posty: 159
Rejestracja: 27 wrz 2015, 16:48
Lokalizacja: Województwo Lubelskie

Re: Depresja i CHAD

Postautor: Natasza » 17 kwie 2016, 14:15

jestem z Ciebie DUMNA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
O to chodziło , świetna ZMIANA decyzji/ miejsca - świetna!!!!! :P
rozmawiałyśmy o tym gdzieś na początku grudnia :)
jedne z ulubionych piosenek gdy jestem w moim świecie gdzie stawiam milion pytań
Mylene Farmer-Jean Louis Murat ,, Regrets,,
Enigma ,, Why?,,
Daniel Bloom , Mela Koteluk ,, Katarakta,,
Awatar użytkownika
Natasza
 
Posty: 2392
Rejestracja: 24 wrz 2015, 13:12

Re: Depresja i CHAD

Postautor: Casandra » 17 kwie 2016, 15:22

Tak Nataszko:-) i miałaś rację:-) za co bardzo Ci dziękuję.
Stworzyłeś Panie tyle krętych dróg, pozwól mi proszę dostrzegać też Twe drogowskazy.
Awatar użytkownika
Casandra
 
Posty: 159
Rejestracja: 27 wrz 2015, 16:48
Lokalizacja: Województwo Lubelskie

Re: Depresja i CHAD

Postautor: Xsenia » 17 kwie 2016, 16:06

Witaj ponownie i trzym się cieplutko Casandro :)
Wyznaję zasadę Sokratesa - "wiem, że nic nie wiem". :)
Awatar użytkownika
Xsenia
Moderator forum.
 
Posty: 2843
Rejestracja: 08 lis 2013, 23:07
Lokalizacja: Sosnowiec

Re: Depresja i CHAD

Postautor: Casandra » 17 kwie 2016, 16:24

Dzięki Xsenia, bardzo mi Was brakowało:-)
Stworzyłeś Panie tyle krętych dróg, pozwól mi proszę dostrzegać też Twe drogowskazy.
Awatar użytkownika
Casandra
 
Posty: 159
Rejestracja: 27 wrz 2015, 16:48
Lokalizacja: Województwo Lubelskie

Re: Depresja i CHAD

Postautor: jario » 17 kwie 2016, 16:32

Witaj spowrotem,wytrwalosci zycze,mysle ze najtrudniejsze chwile masz juz za soba.Warto zaufac psychologii i psychiatrii ktora mimo stereotypow potrafi czesto odmienic zycie.
Gdy rozum ubieramy w wiedze ,zaczyna sie wstydzic nagosci...
Awatar użytkownika
jario
spirytysta
spirytysta
 
Posty: 340
Rejestracja: 15 gru 2009, 18:09
Lokalizacja: Hamburg

Re: Depresja i CHAD

Postautor: Casandra » 17 kwie 2016, 17:34

Ja mam wrażenie, że najgorsze nie minęło. Ta walka chyba właśnie trwa. Walka o równowagę, dobrze dobrane leczenie i zrozumienie otoczenia, które jeszcze nie ma zielonego pojęcia co mi dolega. A nawet jak im powiem, to co to zmieni? Większość z nich i tak nie wie co kryje się pod tą nazwą. A nie brzmi ona fajnie...Paraliżuje mnie strach, że nie będę mogła normalnie funkcjonować, pracować, spełniać marzenia. Boję się, że nie będę umiała rozpoznawać zbliżania się poszczególnych faz, by w porę zadziałać i im zapobiec (jeśli się da). Boję się, że pod wpływem manii lub depresji będę podejmować złe decyzje, za które potem będę pokutować. Przestałam ufać sama sobie. No bo jak rozróżnić w którym momencie jakiś pomysł, uczucie pochodzi od zdrowej, trzeźwo myślącej mnie, a jaki od któregoś z bieguna mojej choroby? Jak rozróżnić na przykład zakochanie od euforii w manii, bądź nienawiść od depresji?
Stworzyłeś Panie tyle krętych dróg, pozwól mi proszę dostrzegać też Twe drogowskazy.
Awatar użytkownika
Casandra
 
Posty: 159
Rejestracja: 27 wrz 2015, 16:48
Lokalizacja: Województwo Lubelskie

Re: Depresja i CHAD

Postautor: Nikita » 17 kwie 2016, 18:15

Czesc Casandro...juz sie martwilam czemu tak nagle zniknelas...teraz juz rozumiem....zostan tutaj...a my bedziemy z Toba... :D
Nikita
Sympatyk spirytyzmu
 
Posty: 5007
Rejestracja: 03 maja 2010, 16:31

Re: Depresja i CHAD

Postautor: Casandra » 17 kwie 2016, 20:18

Chciałabym zostać, nawet nie wiesz jak bardzo. I nie tylko otrzymywać wsparcie ale i je dawać, bo pomoc innym też dodaje sił. Człowiek przestaje się wtedy skupiać na sobie, oddala egoizm, mniej się użala i marudzi:-) Ja nie chcę narzekać na swój los, tylko wziąć go w swoje ręce. Podobno pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić będąc w dołku to...przestać go kopać:-)
Poza tym macie w sobie tyle pozytywnej energii ( czasem ukrytej za ironią), że nawet sobie nie wyobrażacie, jak fajnie potraficie wpływać na drugiego człowieka.
Stworzyłeś Panie tyle krętych dróg, pozwól mi proszę dostrzegać też Twe drogowskazy.
Awatar użytkownika
Casandra
 
Posty: 159
Rejestracja: 27 wrz 2015, 16:48
Lokalizacja: Województwo Lubelskie

Re: Depresja i CHAD

Postautor: Nikita » 17 kwie 2016, 20:59

Jestes wspaniala i madra dziewczyna...pomaganie innym tez daje sile...zamiast sie nad soba uzalac trzeba brac zycie w rece i umiec dostrzec, ze sa takze inni wokol nas...ale trzeba tez pozwolic innym pomoc nam gdy jestesmy w potrzebie.
Nikita
Sympatyk spirytyzmu
 
Posty: 5007
Rejestracja: 03 maja 2010, 16:31

Następna

Wróć do Depresja - pomoc

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość