Ot i moja historia...

Nasze opowieści, o tym jak Spirytyzm zmienił nasze spojrzenie na życie...

Re: Ot i moja historia...

Postautor: juniperus » 18 lut 2013, 14:22

kakofonia myśli pisze: Wczoraj przeczytałam Twój post o duszach i dziękowałam Bogu, że ja tak nie mam, bo to nie byłoby na moje nerwy :lol:
ee, nie jest tak źle. Na początku wmawiałam sobie, że to przewidzenia. Później zrozumiałam, że tak nie jest. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego widok ducha mnie nie przeraża, co nie znaczy, że nie miewam dreszczy na plecach. Czasami mnie przejdzie, gdy pojawia się niski duch.


kakofonia myśli pisze:I tu pojawia się problem, zupełnie nie wiem, co z tymi zdolnościami począć :( Chciałabym je jakoś rozwijać, to naturalne, ale nie mam na to żadnego pomysłu. Dlatego zajęłam się poszukiwaniem jakiejś grupy, centrum spirytystycznego, aby móc kontynuować moją podróż w stronę świata astralnego pod okiem osób, które mają w tym temacie większe doświadczenie, i które mogłyby mnie jakoś ukierunkować.
Wszystko rozbija się o to, że czuję się z całą swoją, minimalistyczną wprawdzie, ale jednak wiedzą cholernie osamotniona. Nie mam nawet pomysłu do czego miałabym użyć moich umiejętności działając w pojedynkę, abstrahując od tego, że to raczej lekkomyślne. :(

Widzisz Majeczko, ja mam ten sam problem. Nie wiem, co z tym dalej robić. Również czuję się w tym samotna, a jednocześnie nie chcę niczego robić tylko dla siebie. :| Wszystkie grupy są ode mnie daleko. Chyba muszę ogłosić potrzebę stworzenia jej w Łodzi. S8 szybko dojechałabym :lol:


kakofonia myśli pisze: Po prostu tego nie czułam, mając przekonanie, że Bóg (czymkolwiek jest) bardziej ucieszy się z mojego życia zgodnie z prawami miłosierdzia niż z bezmyślnie wyklepanych regułek niepopartych czynami.

Oczywiście masz rację. Klepanie regułek nie ma najmniejszego celu ani znaczenia. Tu chodzi o modlitwę polegającą na dialogu z Bogiem, duchami, Opiekunem.
kakofonia myśli pisze:
Izuś, 'errare humanum est' :roll: Gdybyśmy się nie mylili, nie moglibyśmy się rozwijać, bylibyśmy ucieleśnieniem perfekcji, która, jak wiadomo na tym świecie (i pewnie nie tylko tutaj) nie istnieje. A gdyby nawet istniała to byłaby cholernie nudna :)


Dlatego też napisałam, że w niektórych kwestiach mogę się mylić. Nie posiadam wiedzy bezwarunkowej i absolutnej, a jestem dopiero na początku drogi. Pewne kwestie odbieram dość subiektywnie. Jest wielu bardziej ode mnie doświadczonych ludzi na tym forum. Tak więc kwestia kary jest dla mnie nie do końca jasna. Zasugerowałam się jedynie tym, co przekazuje np Księga Duchów. Być może też nie do końca prawidłowo to zrozumiałam.
Izabela
GG: 42074662


Ulecieć do góry na skrzydłach...
Awatar użytkownika
juniperus
spirytystka
spirytystka
 
Posty: 852
Rejestracja: 03 sty 2013, 11:50
Lokalizacja: łódzkie

Re: Ot i moja historia...

Postautor: kakofonia myśli » 19 lut 2013, 11:22

Hej, hej ;)

Zbyszek pisze:Osobiście ,ze znalezieniem grupy nie mogę ci pomoc, gdyż nie znam sytuacji w Polsce.
,
Nikita pisze:Kakofonia napisz do Konrada...on prowadzi grupe warszawska---na pewno Cie wesprze...


Bardzo dziękuję, sytuacja wydaje się ogarnięta :)

Zbyszek pisze:Ja mogę tylko udzielić ci, odpowiednich informacji, na forum, jeżeli moja znajomość tematu pozwoli na to.


Będę Ci, Zbyszku, niezmiernie wdzięczna, jeśli będę mogła liczyć na Twoje wsparcie :) Dobrze jest mieć świadomość, że trafia się w życiu na osoby, które chcą Cię wesprzeć w rozwoju duchowym :)

juniperus pisze:Wszystkie grupy są ode mnie daleko. Chyba muszę ogłosić potrzebę stworzenia jej w Łodzi. S8 szybko dojechałabym :lol:


Jak to się, Izuś, mówi 'dla chcącego nic trudnego' 8-) Chęci to połowa sukcesu. Poza tym nie jesteś sama, masz to forum, masz Opiekunów, jestem pewna, że pomocy Ci nie zabraknie :)

juniperus pisze:Tu chodzi o modlitwę polegającą na dialogu z Bogiem, duchami, Opiekunem.


Hmmmmm, problem polega na tym, że ciężko jest się modlić komuś, kto dawno, a może nigdy w uczciwy sposób, tego nie robił. Trudno jest się pozbyć sceptycyzmu :) Nie wiem dlaczego, ale modlitwa silnie kojarzy mi się z katolicyzmem, kościołem, religią i pochodnymi, a od tego odeszłam lata temu. Ciężko jest mi zmienić 'pozycję mentalną' :) Nawet jeśli sama siebie staram się przekonać, że chodzi o czystą rozmowę z Bogiem, gdzieś tam, w mojej podświadomości jestem zablokowana ;) Ale nie ma rzeczy niemożliwych i to, co cieszy mnie najbardziej, to fakt, że azymut został wyznaczony teraz tylko trzeba odpalić silnik :)

juniperus pisze:Pewne kwestie odbieram dość subiektywnie.


No cóż, wszystkie nasze myśli, działania, interpretacje noszą brzemię subiektywizmu. Patrzymy na otaczający nas świat przez pryzmat własnych, subiektywnych emocji, przez pryzmat własnych, subiektywnie interpretowanych, doświadczeń. Wiedza absolutna nie istnieje i ignorantem przepełnionym arogancją byłby ktoś, kto uważa, że ją posiadł. Poza tym, gdybyśmy wiedzieli wszystko, gdybyśmy byli wolni od konieczności stawiania pytań, jaki sens miałoby nasze życie? Nie byłoby w nim miejsca ani na rozwój, ani na samodoskonalenie. :) Cały czas się czegoś uczymy, a najpiękniejsze jest to, że w życiu nauka płynie z każdego doświadczenia jeśli tylko się nad nim zastanowimy i wyciągniemy wnioski. Trzeba tylko być skromnym i otwartym. Tak samo można się czegoś nauczyć od mędrca, jak i od ignoranta, od osoby, która wiele w życiu przeszła, jak i od dziecka :). Czasem wydaje mi się, że od tego ostatniego można nauczyć się najwięcej, gdyż nie jest jeszcze 'urobione' przez system, doktryny, schematyczne myślenie, jest pełne zachwytu w stosunku do otaczającego je świata, i prawdopodobnie widzi więcej :)

juniperus pisze:Tak więc kwestia kary jest dla mnie nie do końca jasna.


Jeśli życie byłoby karą nie dawałoby nam tylu pozytywnych doznań :) To ludzie sprawiają, że nasza egzystencja przepełniona jest problemami. Gdyby spojrzeć na istotę życia trzeba by stwierdzić, oczywiście moim skromnym zdaniem :), że jest to nagroda. Sam fakt, że dane jest nam śmiać się i płakać, kochać i nienawidzić (choć to ostatnie jakoś nie mieści się w słowniku moich terminów:)), podziwiać, zachwycać się, cierpieć i przeżywać chwile radości.... to nic innego jak nagroda. Problem polega na tym, że człowiekowi wydaje się, że wszystko mu się należy; że nie musi nad sobą pracować, gdyż jest idealny; że uzurpujemy sobie prawo do bycia równymi Bogu, a tak naprawdę nie wiemy nic nawet o nas samych :) Droga do własnego wnętrza jest przepełniona pułapkami, zakrętami i wieloma przeszkodami. Dlatego, często nawet nie podejmujemy próby, żeby tam się dostać. A może po prostu boimy się tego, co moglibyśmy tam znaleźć? :) Tak, czy inaczej, życie to ciągły rozwój. Nie tylko rozwija się świat dookoła nas, ale przede wszystkim rozwija się nasze wnętrze. Najważniejsze, to mieć oczy szeroko otwarte, interpretować znaki i chłonąć, chłonąć, chłonąć.....

Ale żem się rozpisała :) Pozdrawiam cieplutko i do poczytania :d
Pelo Amor ou Pela Dor... (By love or by pain)

„What is mind? No matter. What is matter. Never mind.” Thomas Hewitt Key

sbitara77@gmail.com
Awatar użytkownika
kakofonia myśli
spirytystka
spirytystka
 
Posty: 386
Rejestracja: 15 lut 2013, 04:26
Lokalizacja: The space-time continuum...

Re: Ot i moja historia...

Postautor: Nikita » 19 lut 2013, 12:15

Zycie nie jest kara...jest darem...ale niestety wielu ludzi bardzo cierpi...i to jest ten problem...dlaczego jedni cierpia , leza kopani przez zycie i innych a inni bawia sie i ciesza zyciem, realizuja swoje projekty...? Oto jest pytanie...
Nikita
Sympatyk spirytyzmu
 
Posty: 5352
Rejestracja: 03 maja 2010, 15:31

Re: Ot i moja historia...

Postautor: kakofonia myśli » 19 lut 2013, 14:57

A może jest to trochę tak, że człowiek na siłę stara się dopatrzyć tego, co tak na dobrą sprawę w naszym wymiarze nie istnieje, czyli sprawiedliwości?
Właściwie należałoby się zastanowić, czy Ci, którzy jak powiedziałaś, mają wszystko, realizują własne plany i życie zdaje się do nich uśmiechać, są naprawdę szczęśliwi? Wydaje mi się, że właśnie o to chodzi, i Spirytyzm daje na to odpowiedź, że życie to nie tylko luksus, wygodny dom, dobry samochód i pełne konto bankowe. Poza tym spoglądając na to z szerszej perspektywy, jakże zgodnej z doktryną spirytystyczną, może takie samospełnienie to właśnie wystawienie człowieka na próbę. No, bo gdy masz wszystko, niczego ci nie brakuje zaczynasz gubić, gdzieś w gąszczu dóbr materialnych i samouwielbienia, prawdziwy cel życia, czyli proces poznawania samego siebie i dążenia do udoskonalenia własnego 'ja'. Czasem ktoś kto nie ma nic jedynie przykre doświadczenia i pozornie nieszczęśliwą egzystencję, tak naprawdę jest o wiele bogatszym człowiekiem od tego, który nie musi martwić się o jutro i spoczywa na laurach, gdyż wszystko przychodzi mu bez większego wysiłku. Wszystko zależy od punktu siedzenia :)
Pelo Amor ou Pela Dor... (By love or by pain)

„What is mind? No matter. What is matter. Never mind.” Thomas Hewitt Key

sbitara77@gmail.com
Awatar użytkownika
kakofonia myśli
spirytystka
spirytystka
 
Posty: 386
Rejestracja: 15 lut 2013, 04:26
Lokalizacja: The space-time continuum...

Re: Ot i moja historia...

Postautor: Nikita » 19 lut 2013, 15:07

To zbyt uproszczone...mi nie chodzi o wysokie konto bankowe ale o szczescie w zyciu...zanm duzo ludzi i jedni sa ludzmi szczesliwymi, owszem problemy pojawiaja sie ale generalnie sa zdrowi, silni , witalni i moga sie realizowac..a sa ludzie, ktorym zycie wali klody pod nogi w postaci chorob, wypadkow, strat itd....Sprawiedliwosci nie ma i nawet jak ktos wierzy w prawo karmy to trudno sie z ta sytuacja pogodzic...ja dzis mam wlasnie taki dzien :)
Nikita
Sympatyk spirytyzmu
 
Posty: 5352
Rejestracja: 03 maja 2010, 15:31

Re: Ot i moja historia...

Postautor: kakofonia myśli » 20 lut 2013, 07:28

Nikita pisze:ja dzis mam wlasnie taki dzien :)


Ech Nikitko, to chyba ten permanentny brak słońca :)

Tak, czy siak, tu nawet nie chodzi o dobra materialne, ale ogólnie. To, że teraz wydają się szczęśliwi nie znaczy, że jutro też tacy będą. Poza tym, tak jak pisałam wcześniej, pojęcie szczęścia jest względne. Szczęście to chwilowy stan umysłu, który pozwala nam na łatwiejsze zmaganie się z przeciwnościami losu :) Nic nie jest wieczne, w przyrodzie wszystko mutuje :)
Pelo Amor ou Pela Dor... (By love or by pain)

„What is mind? No matter. What is matter. Never mind.” Thomas Hewitt Key

sbitara77@gmail.com
Awatar użytkownika
kakofonia myśli
spirytystka
spirytystka
 
Posty: 386
Rejestracja: 15 lut 2013, 04:26
Lokalizacja: The space-time continuum...

Re: Ot i moja historia...

Postautor: juniperus » 20 lut 2013, 14:45

No właśnie, jeśli chodzi o te kary, to jakoś nie pasował mi fakt, że otrzymujemy wcielenie za karę. Bo jakąż karą są narodziny dziecka, ślub z ukochanym mężczyzną, każdy dzień spędzany w miłości bliskich, zrozumieniu i wsparciu, chwile wzruszeń i szczęścia? Jest ich w moim życiu tak wiele (no chyba, że wzruszam się z byle powodu, a tylko wydaje mi się, że to podniosła chwila :lol: ). Nie brak było do tej pory i łez, bólu, strachu. Czy jednak te złe rzeczy warte są rozpamiętywania? Recepta polega chyba na tym: przeżyj nieszczęście, wyciągnij i zapamiętaj wnioski, ciesz się dobrem, które Cię spotyka i może spotkać jeszcze nie raz. Coś mi się w głowie zaczyna rozjaśniać. :idea: Ostatnimi czasy wdrożyłam tę ideę w życie i jak na razie dobrze na tym wychodzę. Warto więc ją podtrzymywać. Wzbogacając ją o tzw. dobre uczynki oraz przychylne nastawienie do ludzi i ich problemów, można zajść naprawdę daleko.
Izabela
GG: 42074662


Ulecieć do góry na skrzydłach...
Awatar użytkownika
juniperus
spirytystka
spirytystka
 
Posty: 852
Rejestracja: 03 sty 2013, 11:50
Lokalizacja: łódzkie

Re: Ot i moja historia...

Postautor: Nikita » 20 lut 2013, 20:57

O tak...pozytywme nastawienie dpo swiata i ludzi bardzo pomaga zyc a takze jest duzo lepsze od narzekania...Ja chyba nie jestem jeszcze na tyle silna aby nie pojeczec sobie od czasu do czasu...albo dostaalm za duzo naraz do uniesienia...
Nikita
Sympatyk spirytyzmu
 
Posty: 5352
Rejestracja: 03 maja 2010, 15:31

Re: Ot i moja historia...

Postautor: kakofonia myśli » 21 lut 2013, 07:31

Sama nie wiem Dziewczynki :( Zawsze twierdziłam, że kocham mój 'radosny smutek', bo to dzięki niemu mogę wejść głębiej w swój świat i zastanowić się tak nad tym, co mnie otacza, jak i nad tym kim jestem. Nie rozumiem tylko dlaczego z wiekiem moja szklanka okazuje się bardziej w połowie pusta niż pełna :( Odkąd skończyłam 16 lat targa mną przeświadczenie, że zupełnie nie pasuję do otaczającej mnie rzeczywistości. Nie dlatego, że nie potrafię się dostosować, ale dlatego, że pewnych rzeczy nie jestem w stanie zaakceptować. Ot taki przykład. Jest mróz, za oknem wichura, a ja kładę się do łóżka, wsuwam pod ciepłą pierzynę i przez sekundę ogarnia mnie uczucie błogostanu, by w następnej sekundzie ustąpić miejsca wszechogarniającemu smutkowi, że gdzieś jest ktoś, kto w tej chwili nie ma dachu nad głową :? I uczucie to jest tak silne, tak namacalne, że już nie potrafię cieszyć się tym, że ja jestem bezpieczna.

Parę lat temu przyszła do mnie, zupełnie nieproszona, ale jakże wyraźna i nie znosząca sprzeciwu, myśl: 'już tu nie wrócę' :cry: Kurczę, jest to tak silne przeświadczenie, że nie jestem w stanie w żaden sposób wyeliminować go z mojej duszy. Zadomowiło się tam, jakby było nierozerwalną częścią mojej egzystencji. Najgorsze jest to, że ze wszystkim, co mi się ostatnio przydarzyło (z pkt. widzenia spirytystycznego) nie jestem sobie w stanie poradzić. Z jednej strony wszystkie te doświadczenia napełniają mnie euforią i rozlewają się na moje wnętrze wszechogarniającym uczuciem miłości, a z drugiej strony jestem przerażona :( To, co najbardziej mierzi mnie w mojej ludzkiej naturze, to to, że pomimo wszelkich sygnałów, które otrzymałam, nadal nie wierzę w to, co się ze mną dzieje :( Przecież taka negacja jest wręcz chora :(

Właściwie nie miałam wielu manifestacji, ale przypuszczam, iż wynika to z faktu, że je blokuje, staram się myśleć o czym innym, żeby ich unikać :shock: Leżałam sobie kiedyś w łóżku i poczułam charakterystyczne drętwienie nogi (kto wie, dlaczego wszystko zaczyna się od palców mojej prawej nogi?:?). Noga zaczęła robić się, jak z drewna i uczucie zaczęło rozszerzać się na drugą nogę i na brzuch. Usłyszałam w głowie 'Potrzebuję pomocy'. Więc zapytałam, co mogę zrobić. Kolejna słowa, które pojawiły się w moich myślach brzmiały 'Widzę swoje ciało' i w miarę jak litery układały się w całość w mojej głowie, uczucie 'odrętwienia', 'paraliżu' (bo sama nie wiem, jak to inaczej opisać) zaczęło ogarniać moją klatkę piersiową, ale do tego stopnia, że stan paniki był już na wyciągnięcie ręki. Starałam się jakoś trzymać i zapytałam, czy wie dokąd ma iść. Powiedziało mi, że nie i zaczęło ściskać jeszcze mocniej. Po prostu czułam, że zaczynam się dusić. Jedyne, co mi przyszło do głowy to wezwać na pomoc Opiekuna, choć skoncentrowanie się na czymkolwiek w chwili, gdy straciłam możliwość oddychania było naprawdę nie lada wyzwaniem :( W pewnym momencie wszystko ustało i dostałam wiadomość, tym razem od mojego Opiekuna, jak przypuszczam. Zapytał mnie, czy wszystko w porządku. Odpowiedziałam, że tak i zapytałam, czy to, co mnie 'przysiadło' było złe. Odpowiedziano mi, że nie, że było przerażone, i że powinnam uważać, gdyż niektóre dusze, zwłaszcza jeśli dopiero niedawno przeszły na drugą stronę, są tak kurczowo przywiązane do życia i do wszelkich jego manifestacji, iż mogą, zupełnie nieświadomie, wyrządzić 'pośrednikowi' krzywdę :? I weź tu człowieku działaj w pojedynkę :shock:

Albo inna sytuacja. Gdy zmarł mój tato ciotki, jego siostry, których nota bene nie trawił, i które całkiem normalne to nie są, zaczęły zatruwać mi życie:o Ponieważ wiem, że po tatę przyszła babcia z dziadkiem, żeby ciotom dostarczyć trochę otuchy powiedziałam im o tym :? I przybiłam deskę do własnej trumny :( Zaczęły się telefony, wariactwo, dawanie ogłoszeń do gazety, jednym słowem istny cyrk. Ja po prostu chciałam się wyciszyć i w atmosferze skupienia pomyśleć o moim tacie, a one nie dawały mi żyć. Zaczęły krążyć ploty po rodzinie, że jestem czarownicą, że odprawiłam jakieś obrządki, żeby ojciec umarł :o Właściwie niewiele sobie z tego robiłam choć szlag mnie trafiał, ale wyszłam z założenia, że każdemu trzeba współczuć :lol: Ale im dalej to szło, tym ciężej mi było to wytrzymać, więc zadzwoniłam do hetery i powiedziałam, że skoro ma takie głupoty opowiadać i robić z pogrzebu mojego ojca szopkę, to niech lepiej w ogóle się na nim nie pojawia. A ona mi wtedy odpowiedziała: 'Ty gówniaro, zabiłaś ojca własnymi rękami. Siedziałaś przy nim, kiedy umierał i go udusiłaś. Oddam sprawę do prokuratury...", potem już nie słuchałam. Po prostu trzasnęłam słuchawką. Nie umiem opisać uczuć, które kotłowały się w mojej głowie: żal, rozgoryczenie, złość, niedowierzanie... Sama siebie nakręcałam w kółko analizując słowa tej wariatki, aż nagle pojawiła się myśl, która bez wątpienia nie wyszła ode mnie 'każdemu podług zasług jego'. :idea: I ta myśl zjawiała się w mojej głowie za każdym razem, gdy w rozmowie z mamą wypływał temat ciotek :o

I tak sobie dumam, że to świetna pointa dla życia. Nie patrz, co robią inni, znieś tyle ile możesz, a czasem jeszcze więcej, uśmiechaj się do świata i nie pozwól, by negatywna energia zawładnęła twoją duszą. Bo nawet jeśli czasem jest ciężko, mamy ochotę krzyczeć z goryczy i przeciwstawić się wszelkim niesprawiedliwościom tego świata, to zawsze powinniśmy mieć świadomość, że kiedyś znów zaświeci słońce, jeżeli nie tu, to tam, i że każdy zostanie rozliczony ze wszystkich swoich czynów :)
Pelo Amor ou Pela Dor... (By love or by pain)

„What is mind? No matter. What is matter. Never mind.” Thomas Hewitt Key

sbitara77@gmail.com
Awatar użytkownika
kakofonia myśli
spirytystka
spirytystka
 
Posty: 386
Rejestracja: 15 lut 2013, 04:26
Lokalizacja: The space-time continuum...

Re: Ot i moja historia...

Postautor: juniperus » 22 lut 2013, 10:06

Zastanawiam się, że być może jesteś kimś w rodzaju empaty, czyli człowieka, który potrafi odczuwać czyjeś emocje. No chyba, że Twój duch posiada dużą widzę. Odnoszę wrażenie, że jest w Twoich odczuciach (np o marznących ludziach, czy poczuciu, że już tu nie wrócisz) coś głębszego i że tylko z pozoru wydają się być zwykłym współczuciem, czy przemyśleniem. Nie potrafię jednak sprecyzować, gdyż wiele zjawisk odbieram duszą, a nie umysłem i często mam problem, by je opisać słowami.

kakofonia myśli pisze: Leżałam sobie kiedyś w łóżku i poczułam charakterystyczne drętwienie nogi (kto wie, dlaczego wszystko zaczyna się od palców mojej prawej nogi?:?). Noga zaczęła robić się, jak z drewna i uczucie zaczęło rozszerzać się na drugą nogę i na brzuch. Usłyszałam w głowie 'Potrzebuję pomocy'. Więc zapytałam, co mogę zrobić. Kolejna słowa, które pojawiły się w moich myślach brzmiały 'Widzę swoje ciało' i w miarę jak litery układały się w całość w mojej głowie, uczucie 'odrętwienia', 'paraliżu' (bo sama nie wiem, jak to inaczej opisać) zaczęło ogarniać moją klatkę piersiową, ale do tego stopnia, że stan paniki był już na wyciągnięcie ręki. Starałam się jakoś trzymać i zapytałam, czy wie dokąd ma iść. Powiedziało mi, że nie i zaczęło ściskać jeszcze mocniej. Po prostu czułam, że zaczynam się dusić. Jedyne, co mi przyszło do głowy to wezwać na pomoc Opiekuna, choć skoncentrowanie się na czymkolwiek w chwili, gdy straciłam możliwość oddychania było naprawdę nie lada wyzwaniem :( W pewnym momencie wszystko ustało i dostałam wiadomość, tym razem od mojego Opiekuna, jak przypuszczam. Zapytał mnie, czy wszystko w porządku. Odpowiedziałam, że tak i zapytałam, czy to, co mnie 'przysiadło' było złe. Odpowiedziano mi, że nie, że było przerażone, i że powinnam uważać, gdyż niektóre dusze, zwłaszcza jeśli dopiero niedawno przeszły na drugą stronę, są tak kurczowo przywiązane do życia i do wszelkich jego manifestacji, iż mogą, zupełnie nieświadomie, wyrządzić 'pośrednikowi' krzywdę :? I weź tu człowieku działaj w pojedynkę :shock:


Widzisz Majeczko, mam to samo, z tym, że u mnie zaczyna się od palców nóg i rąk jednocześnie, dalej poszerza się przez brzuch, klatkę piersiową, szyję, na głowie kończąc. Z tym, że ostatnim razem, gdy wchodziło na głowę również spanikowałam i Opiekun musiał mnie uwolnić. Odczucia mam dokładnie takie same, tj również uczucie duszenia się, problemu z nabraniem powietrza, aż w końcu wydobyciem z siebie jakiejkolwiek myśli. Że to miłe doświadczenie - nie można powiedzieć. Nie przeraża mnie co prawda, ale nie jest zbyt przyjemne. Do przyjemności należy kontakt z Opiekunem, niestety nie można w ten sposób powiedzieć o niskich duchach.

kakofonia myśli pisze:I weź tu człowieku działaj w pojedynkę :shock:
Dlatego ja chwilowo zaprzestałam kontaktów, a gdy czuję, że duch wchodzi bez wywołania, bronię się jak mogę :lol: Miałam od nich trochę spokoju na czas choroby. Teraz, gdy wydobrzałam znów jakiś się kręci.

Przeczytałam Twoją opowieść o cioteczkach :shock: A ja myślałam, że to tylko mnie otaczają tacy ludzie. Ja również nieźle dostałam popalić.


kakofonia myśli pisze:Nie patrz, co robią inni, znieś tyle ile możesz, a czasem jeszcze więcej, uśmiechaj się do świata i nie pozwól, by negatywna energia zawładnęła twoją duszą. Bo nawet jeśli czasem jest ciężko, mamy ochotę krzyczeć z goryczy i przeciwstawić się wszelkim niesprawiedliwościom tego świata, to zawsze powinniśmy mieć świadomość, że kiedyś znów zaświeci słońce, jeżeli nie tu, to tam, i że każdy zostanie rozliczony ze wszystkich swoich czynów :)
I to jest również moje motto, a życie wielokrotnie mi udowadniało, że po złych chwilach zawsze przychodziły te dobre i ból był mi sowicie wynagradzany. Odkryłam również, że każde nieszczęście, które mnie spotykało miało ważne znaczenie i sens dla następnych wydarzeń. Tracąc coś, zyskiwałam w późniejszym okresie coś bardziej wartościowego. Musimy się go trzymać. :)
Izabela
GG: 42074662


Ulecieć do góry na skrzydłach...
Awatar użytkownika
juniperus
spirytystka
spirytystka
 
Posty: 852
Rejestracja: 03 sty 2013, 11:50
Lokalizacja: łódzkie

PoprzedniaNastępna

Wróć do Nasz Spirytyzm

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość