>>Duchy wyższe, które rozwinęły się żyjąc zgodnie z zasadami ewangelicznymi, nie mają obowiązku ponownego wcielania się, nie będą więc przeżywać ponownie śmierci biologicznej<<
Czy oznaczałoby to, że wspomniane duchy wyższe w rozumieniu biblijnym są niejako "duchami zmartwychwstałymi"? No i tutaj właśnie pojawia się problem z "rozumieniem" bibiljnym. Doświadczenie uczy, że interpretacji Biblii jest niemal tyle, ile grup światopoglądowych do niej się odnoszących. Weźmy na przykład diametralne różnice między Świadkami Jehovy a Katolikami, czy mniejsze między Katolikami a Ewangelikami...

Znając spirytyzm, można zastanawiać się w ogole, czy należy tu myśleć w kategorii "zmartwychwstania", bo w zasadzie ze zgłębienia tej nauki wynika, że śmierć nie istnieje;). Pozostane przy opinii, że chodzi po prostu o reinkarnacje, w trakcie której zdobywamy przecież nowiutkie ciało materialne;).
Co do Duchów Wyższych, nie mają one oczywiście obowiązku wcielania się, ale zdaje się, że niektóre to robią (Jezus? Budda?), by pomagać w postępie ludzkości - trudno więc mówić tu o jakichś sztywnych ramach, w jakich ma przebiegać nasza przyszłość. Odniosę się jeszcze na chwilę do ks. Brune. Ów teolog i zarazem badacz zaświatów, przytaczał w swojej książce przykład osoby, która wyszła z ciała, a wracając miała bardzo nieprzyjemne wrażenia, porównywane do zakładania mokrej gumowej rękawiczki. Pamiętajmy przy okazji o osobach, które były już po drugiej stronie, ale wbrew swojej woli musiały wrócić. Brune popatrzył z tej perspektywy na Jezusa i wyraził przypuszczenie, że może największa jego ofiara i poświęcenie tkwi w samym fakcie wcielenia w ciało człowieka i poddania się wszystkim związanym z tym niedogodnościom.
"Na szczęście są księża, którzy przyznają że Księgę Rodzaju, czy wiele innych treści Starego Testamentu należałoby odczytywać raczej metaforycznie (pamiętając, że przecież Księgi te były pisane dobre parę tysięcy lat temu, przez ludzi, którzy tak właśnie postrzegali otaczającą ich rzeczywistość - dziś nasza wiedza jest przecież zupełnie inna). Taka mała dygresja..." Biblia jest tekstem ściśle powiązanym z historią i dla historyków stanowi świetne źródło do poznania starożytności. Taki przykład z życia wzięty:) - moja znajoma podchodząc z tej strony do Biblii, pisała na studiach pracę o podróżach w starożytnej Palestynie.
Myliłby się ktoś, kto twierdziłby że kanon czy nawet autorstwo niektórych włączonych doń ksiąg to zagadnienia zupełnie proste i oczywiste. Osoby, które znają historię Mezopotamii znajdą zapewne wiele elementów, które zostały stamtąd przyswojone i włączone do tekstu biblijnego. Znamy przecież kwestię Potopu, Noego, który miał swojego sumeryjskiego odpowiednika czy Mojżesza pływającego w koszu, zupełnie podobnie jak panujący kilkanaście wieków wcześniej władca Akadu. Z interpretacją oczywiście jest bardzo różnie, ale wiadomo że są w Biblii zasady uniwersalne, niezależne od kontekstu historycznego czy ówczsnego stanu prawodawstwa.
"Wspomniany wcześniej ksiądz Zwoliński nieco z przekąsem i ironią pisze np. że oto w teorii reinkarnacji okazuje się, że trawa mogła być naszą matką (przytaczam z pamięci). Jednocześnie w sposób dosłowny odwołuje się do Księgi Rodzaju - aktu stworzenia Adama i Ewy, czy "przeglądu wszystkich żywych stworzeń", którego Adam dokonał."Ksiądz Zwoliński prawdopodobnie nie myślał tu o spirytyzmie, bowiem ten odrzuca możliwość wcielenia się w zwierzę czy roślinę, gdy osiągniemy już - w naszej duchowej ewolucji - stan człowieczeństwa. Znam inną jego książkę pt. "Wywoływanie Duchów", wydaną w 2007 roku i dość dobrze opatrzoną w bibliografię, z całkiem rzetelnym rysem historycznym. Jednak uderza w niej światopogląd, który wyraźnie ogranicza autora. Zwoliński - zdaje się - łączy spirytyzm z okultyzmem i nurtami, które ze spirytyzmem wiążą się w stopniu nie większym niż zachodnia demokracja z ustrojem politycznym Chińskiej Republiki Ludowej

. Problemem jest, kiedy rzetelność w opisie i doborze faktów zaczyna stać w sprzeczności z posługą kapłańską, a zdaje się, że książki tego rodzaju mają nie tyle funkcję informacyjną, co apologetyczną, nie poddającą pod dyskusję stanowiska Kościoła. Wyrazem takiej postawy jest wybiórcze odnoszenie się do idei spirytystycznych, albo nie odnoszenie się do nich w ogole, bądź też celowe próby wytworzenia w czytelniku przekonania, że spirytyzm = wywoływanie duchów. Równie dobrze ktoś może próbować udowadniać, że sam fakt podróży pociągiem równa się znajomości kolejnictwa i historii zmian technicznych taboru kolejowego. Jeśli chodzi o opinię księdza na temat reinkarnacji, którą wyżej przytoczyłeś, myślę że mamy tu do czynienia raczej z pewnym chwytem mającym spłycić ideę, niż rzeczową argumentacją. Nie zapominajmy, że w tle mamy jednak dwie wielkie religie (Hinduizm, Buddyzm) reinkarnację przyjmujące, dalej - dorobek starożytnych Greków. Dopiero potem mamy teorie XIX i XX-wieczne, w rodzaju spirytyzmu, teozofii czy antropozofii, które również ją przyjmują i akceptują. Myślę, że jawna pogarda dla idei, która stanowi poważną część kultury i dorobku cywilizacyjnego, nie jest dobrą drogą do udowadniania swoich racji.