Mam do Was ogromną prośbę, bo jak zwykle sobie nie radzę z logicznym wyjaśnieniem (lub może mniej logicznym) tego, co w ostatnich kilku dniach stało się częścią mojej rzeczywistości.
Trzy dni temu przypałetało się do mnie "coś". Sama nie wiem, co to było, ale miało niesamowicie negatywną energię. Osaczyło mnie do tego stopnia, że siedziałam z oczami na wierzchu i sercem w gardle jak oszalała prosząc Boga, żeby tylko sobie poszło. Poprosiłam też o modlitwę Przyjaciół Spirytystów (dziękuję

) i wydawało się, że sytuacja została opanowana. Właściwie nie byłoby w tym nic niezwykłego, bo czasem takie rzeczy mi się przydarzają, ale wczoraj stałam się uczestniczką dziwnych "sytuacji". Kiedy kładłam się spać postanowiłam się pomodlić. Gdy tylko rozpoczęłam modlitwę (nie modlę się regułkami bardziej to rozmowa z Bogiem, w której dziękuję, przepraszam i proszę) w ogóle nie mogłam się na niej skoncentrować. Przed moimi oczami pojawiały się obrazy, zupełnie, jak żywe, które tworzyły swoisty rachunek sumienia. JEst to o tyle dziwne, że ja nie myślę obrazami. Moja wyobraźnia bazuje na słowach. Gdy np. mam sobie wyobrazić żółty samochód nie widzę w głowie żółtego samochodu, jako przedmiotu, ale jako słowa "żółty samochód". Mnniejsza o większość, chciałam tylko to wyjaśnić, gdyż było to dla mnie nowe odczucie. Kiedy już wszystkie te obrazy przewinęły się w mojej głowie opatrzone odpowiednim komentarzem (najprawdopodobniej świadomość zadziałała) odpłynęłam. Nie mogę powiedzieć, że zasnęłam, gdyż nie był to sen sensu stricte. Czułam się tak, jakbym była w dwóch miejscach jednocześnie. Jakbym wiedziała, że cieleśnie jestem w łóżku, a jednocześnie moja świadomość bierze udział w jakichś dziwacznych rozgrywkach. Byłam ciągana, szarpana, coś do mnie mówiono...W tej chwili nie potrafię sobie dokładnie przypomnieć o co chodziło, ale świetnie pamiętam towarzyszące temu wszystkiemu uczucia, takie jak przerażenie i niemoc. I ta niemoc była chyba najgorsza. Czułam, że zupełnie nie mam kontroli nad tym, co się dzieje. Że muszę się poddać biegowi wydarzeń, bo nie mam możliwości reakcji. Kurczę, nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale tę niemożność reakcji odczuwałam fizycznie, nie na planie snu, czy cokolwiek to było, ale na planie materialnym. W każdym razie wiem, że coś mną szarpało, starało się mnie "wyrwać" z mojego "ja" (nie umiem tego inaczej określić). W pewnym momencie usłyszałam w głowie hałas. Ale tak przeraźliwy hałas, że nie byłam w stanie go znieść. Przypominało to huk połączony z piskiem i niezwykle wysokimi dźwiękami. Tak wysokimi, iż fizycznie czułam, że zaraz rozwali mi głowę. Co najdziwniejsze "ocknęłam" się, gdy po raz drugi, niezwykle wyraźnie i głośno odmawiałam "Ojcze nasz" (na jawie). Jakbym odzyskała świadomość w połowie głośnego odmawiania drugiej modlitwy.
I teraz mam pytanie: cóż to do diaska było?

Tym razem nie mogę się zgodzić z własnym punktem widzenia, że to tylko mój mózg, bo wszystko to działo się, jakby symultanicznie, na dwóch płaszczyznach (świadomej i podświadomej) i nosiło znamiona namacalnej rzeczywistości, jakkolwiek to brzmi
