Czy można to jakoś racjonalnie wytłumaczyć?
Jako, że to mój pierwszy post na tym forum, chciałbym serdecznie wszystkich przywitać.
Powodem mojej rejestracji tutaj są pewne wydarzenia, które miały miejsce około pięciu lat temu, a których sam nie potrafię wyjaśnić. Wydaje mi się, że warte uwagi jest to, że nie jestem człowiekiem religijnym. Większość mojej rodziny to katolicy, trafiali się jednak badacze i świadkowie jehowy, ja uważam siebie za ateistę.
Ok, więc może zacznę opowiadać swoją historię.
Rok 2007, 10 marca - trafiam do szpitala, po zdiagnozowaniu problemów z wyrostkiem. Na stole operacyjnym okazuje się jednak, że około 1,5m moich jelit już zaczęło się rozkładać, cudem udaje mi się przeżyć operację.
12 marca - poznaję praktykantkę 3 roku. Z początku skazana na mnie młoda pielęgniarka, szybko stara się zrobić koło mnie to co ma zrobić i się oddala, okazuje się jednak, że wkrótce po moim wyjściu ze szpitala zdobywam jej nr. telefonu i zaczynamy się spotykać.
1 maja - wyprowadzamy się do wynajętego mieszkania. Zależało nam na czasie, więc wynajęliśmy pokój z dostępem do kuchni, łazienki i pralni, typowe warunki akademickie. Stosunkowo młody budynek, z tego, o udało mi się ustalić, bez żadnej historii.
Któregoś wieczoru, leżeliśmy już w łóżku, szykowaliśmy się do spania - ja na rano do pracy (jako pomocnik pięciu brukarzy), ona na praktyki. Nagle poczuliśmy bardzo nieprzyjemne zimno, było czuć delikatny wiatr w pokoju (okna i drzwi pozamykane, zero wentylacji - sprawdzałem kilka razy) i zasłonki zaczęły się delikatnie poruszać. Jakoś tak się stało, że dotknąłem łokcia mojej panny - był zimny jakby siedziała w zamrażalniku! Wszystko trwało może dwie minuty, po czym sprawy wróciły do normalnego biegu.
Kilka miesięcy później postanowiliśmy się wyprowadzić na większe mieszkanie. Wynajęliśmy więc M3 w ponad stuletniej kamienicy. To miejsce na pewno ma swoją historię - z tego co udało mi się wyczytać, w czasie wojny straciło tam życie kilka osób. Co ciekawe, sam klimat tegoż mieszkanka przytłaczał zaraz na progu, niczym wór ziemniaków. No i tutaj wszystko się tan naprawdę zaczęło.
Kilka razy zdarzało mi się wychodzić w nocy z łóżka - czy to do łazienki, czy do kuchni. Jako, że nie lubiłem tego miejsca w nocy i po prostu bardzo dziwnie się tam czułem, zostawiałem otwarte drzwi od sypialni i zapalone w niej światło. Przeważnie po powrocie drzwi były zamknięte, światła zgaszone. Na początku myślałem, że to moja kobieta musiała się przebudzić i zgasić światła/zamknąć drzwi, ale kilka razy przed wyjściem z pokoju dokładnie się jej przyglądałem. Zawsze po powrocie wyglądało, że nawet nie drgnęła, nie pamiętała też, żeby wstawała w nocy. Również drzwi, stare chyba jak sama kamienica, nie należały do najcichszych - próbowałem zamykać je kilka razy, nigdy nie udało mi się zrobić tego bezgłośnie.
Kolejna sytuacja miała miejsce w łazience. Typowy wieczór i szykowanie się do snu przed kolejnym dniem ciężkiej harówy. Ja przy umywalce, ona przy wannie. O czymś rozmawialiśmy i nagle słyszę głośnie "ała" i widzę, jak moja panna wpada do wanny. Uderzyła głową o baterię, nic jej jednak nie było, poza dość sporym guzem. Stała na dywaniku, więc myślałem, że po prostu się poślizgnęła, jednak dywanik nie poruszył się nawet o milimetr. W rozmowie z nią okazało się, że czuła, jakby ktoś ją popchnął dwoma rękami, w sumie tak to nawet wyglądało z boku. Oczywiście nie byłem to ja...
Kilka dni później zaprosiliśmy do nas znajomych na kilka dni. Mieliśmy trzy pokoje, a w sumie korzystaliśmy z jednego, więc nie było problemu.Ania musiała jechać do domu na kilka dni, zostaliśmy więc sami ze znajomymi. Weekendowy wieczór, siedzimy w jednym z pokoi i zaczynamy sączyć piwko. Nagle słychać jakieś kroki, bardzo wyraźnie, słyszała je cała nasza trójka, jednak w domu nikogo nie było. Znajomi wystraszeni radzili, żeby iść do księdza i odprawić egzorcyzmy, ale jakoś to nie przeszło. Powtarzało się kilka razy, aż w końcu się wyprowadziliśmy i nasze drogi się rozeszły.
Czas więc na kolejny związek, tym razem już na stałe. 15 listopada 2008 wyprowadzam się z nową partnerką do wynajętego mieszkania w blokach, jednak ze względu na dość trudną sytuację w pracy i znacznie niższe przychody, postanowiliśmy podnająć jeden pokój znajomej. Tutaj nie było aż takich jaj, ale wszyscy widzieliśmy coś dziwnego. Raz, wieczorem, znajoma coś tam gotowała w kuchni, ja akurat szedłem do łazienki i kątem oka zobaczyłem, jak panna przy garach w ułamku sekundy skacze, jakby ją ktoś napadł. Powiedziała, że widziała jakiś ciemny, szybko poruszający się punkt i dlatego tak się wystraszyła. Jako, że ja jestem generalnie niedowiarkiem, czym prędzej olałem całą sprawę i zająłem się sobą. Następna w kolejce była moja kobieta (teraz już matka dwójki moich dzieci) - widziała dokładnie to samo, z tym, że kontakt wzrokowy z tym "czymś" urwał się po tym, jak "to" wpadło jej na nogi. Później kilka razy widzieliśmy to wszyscy.
Powiedzcie mi proszę, czy ja jestem jakiś psychiczny albo coś?? Jak już pisałem, nie wierzę w żadne duchy, uważam się za ateistę i po prostu nie chcę tego szufladkować, ale jak to wytłumaczyć? Do tej pory z nikim o tym nie rozmawiałem, nie chcę, żeby ludzie myśleli, że mam coś z głową
. Na tym forum chyba mi to nie grozi, więc po kilku latach postanowiłem w jakiś sposób odkryć, co to wszystko może być/oznaczać.
Troszkę się rozpisałem, ale mam nadzieję, że nie przynudzam zbytnio. Byłbym wdzięczny za jakiekolwiek wytłumaczenie/wskazówki/linki/kontakty. Ostatnio mam dość sporo czasu, więc mogę się zagłębić w temat.
Serdecznie pozdrawiam
Dark Pilot
Powodem mojej rejestracji tutaj są pewne wydarzenia, które miały miejsce około pięciu lat temu, a których sam nie potrafię wyjaśnić. Wydaje mi się, że warte uwagi jest to, że nie jestem człowiekiem religijnym. Większość mojej rodziny to katolicy, trafiali się jednak badacze i świadkowie jehowy, ja uważam siebie za ateistę.
Ok, więc może zacznę opowiadać swoją historię.
Rok 2007, 10 marca - trafiam do szpitala, po zdiagnozowaniu problemów z wyrostkiem. Na stole operacyjnym okazuje się jednak, że około 1,5m moich jelit już zaczęło się rozkładać, cudem udaje mi się przeżyć operację.
12 marca - poznaję praktykantkę 3 roku. Z początku skazana na mnie młoda pielęgniarka, szybko stara się zrobić koło mnie to co ma zrobić i się oddala, okazuje się jednak, że wkrótce po moim wyjściu ze szpitala zdobywam jej nr. telefonu i zaczynamy się spotykać.
1 maja - wyprowadzamy się do wynajętego mieszkania. Zależało nam na czasie, więc wynajęliśmy pokój z dostępem do kuchni, łazienki i pralni, typowe warunki akademickie. Stosunkowo młody budynek, z tego, o udało mi się ustalić, bez żadnej historii.
Któregoś wieczoru, leżeliśmy już w łóżku, szykowaliśmy się do spania - ja na rano do pracy (jako pomocnik pięciu brukarzy), ona na praktyki. Nagle poczuliśmy bardzo nieprzyjemne zimno, było czuć delikatny wiatr w pokoju (okna i drzwi pozamykane, zero wentylacji - sprawdzałem kilka razy) i zasłonki zaczęły się delikatnie poruszać. Jakoś tak się stało, że dotknąłem łokcia mojej panny - był zimny jakby siedziała w zamrażalniku! Wszystko trwało może dwie minuty, po czym sprawy wróciły do normalnego biegu.
Kilka miesięcy później postanowiliśmy się wyprowadzić na większe mieszkanie. Wynajęliśmy więc M3 w ponad stuletniej kamienicy. To miejsce na pewno ma swoją historię - z tego co udało mi się wyczytać, w czasie wojny straciło tam życie kilka osób. Co ciekawe, sam klimat tegoż mieszkanka przytłaczał zaraz na progu, niczym wór ziemniaków. No i tutaj wszystko się tan naprawdę zaczęło.
Kilka razy zdarzało mi się wychodzić w nocy z łóżka - czy to do łazienki, czy do kuchni. Jako, że nie lubiłem tego miejsca w nocy i po prostu bardzo dziwnie się tam czułem, zostawiałem otwarte drzwi od sypialni i zapalone w niej światło. Przeważnie po powrocie drzwi były zamknięte, światła zgaszone. Na początku myślałem, że to moja kobieta musiała się przebudzić i zgasić światła/zamknąć drzwi, ale kilka razy przed wyjściem z pokoju dokładnie się jej przyglądałem. Zawsze po powrocie wyglądało, że nawet nie drgnęła, nie pamiętała też, żeby wstawała w nocy. Również drzwi, stare chyba jak sama kamienica, nie należały do najcichszych - próbowałem zamykać je kilka razy, nigdy nie udało mi się zrobić tego bezgłośnie.
Kolejna sytuacja miała miejsce w łazience. Typowy wieczór i szykowanie się do snu przed kolejnym dniem ciężkiej harówy. Ja przy umywalce, ona przy wannie. O czymś rozmawialiśmy i nagle słyszę głośnie "ała" i widzę, jak moja panna wpada do wanny. Uderzyła głową o baterię, nic jej jednak nie było, poza dość sporym guzem. Stała na dywaniku, więc myślałem, że po prostu się poślizgnęła, jednak dywanik nie poruszył się nawet o milimetr. W rozmowie z nią okazało się, że czuła, jakby ktoś ją popchnął dwoma rękami, w sumie tak to nawet wyglądało z boku. Oczywiście nie byłem to ja...
Kilka dni później zaprosiliśmy do nas znajomych na kilka dni. Mieliśmy trzy pokoje, a w sumie korzystaliśmy z jednego, więc nie było problemu.Ania musiała jechać do domu na kilka dni, zostaliśmy więc sami ze znajomymi. Weekendowy wieczór, siedzimy w jednym z pokoi i zaczynamy sączyć piwko. Nagle słychać jakieś kroki, bardzo wyraźnie, słyszała je cała nasza trójka, jednak w domu nikogo nie było. Znajomi wystraszeni radzili, żeby iść do księdza i odprawić egzorcyzmy, ale jakoś to nie przeszło. Powtarzało się kilka razy, aż w końcu się wyprowadziliśmy i nasze drogi się rozeszły.
Czas więc na kolejny związek, tym razem już na stałe. 15 listopada 2008 wyprowadzam się z nową partnerką do wynajętego mieszkania w blokach, jednak ze względu na dość trudną sytuację w pracy i znacznie niższe przychody, postanowiliśmy podnająć jeden pokój znajomej. Tutaj nie było aż takich jaj, ale wszyscy widzieliśmy coś dziwnego. Raz, wieczorem, znajoma coś tam gotowała w kuchni, ja akurat szedłem do łazienki i kątem oka zobaczyłem, jak panna przy garach w ułamku sekundy skacze, jakby ją ktoś napadł. Powiedziała, że widziała jakiś ciemny, szybko poruszający się punkt i dlatego tak się wystraszyła. Jako, że ja jestem generalnie niedowiarkiem, czym prędzej olałem całą sprawę i zająłem się sobą. Następna w kolejce była moja kobieta (teraz już matka dwójki moich dzieci) - widziała dokładnie to samo, z tym, że kontakt wzrokowy z tym "czymś" urwał się po tym, jak "to" wpadło jej na nogi. Później kilka razy widzieliśmy to wszyscy.
Powiedzcie mi proszę, czy ja jestem jakiś psychiczny albo coś?? Jak już pisałem, nie wierzę w żadne duchy, uważam się za ateistę i po prostu nie chcę tego szufladkować, ale jak to wytłumaczyć? Do tej pory z nikim o tym nie rozmawiałem, nie chcę, żeby ludzie myśleli, że mam coś z głową
Troszkę się rozpisałem, ale mam nadzieję, że nie przynudzam zbytnio. Byłbym wdzięczny za jakiekolwiek wytłumaczenie/wskazówki/linki/kontakty. Ostatnio mam dość sporo czasu, więc mogę się zagłębić w temat.
Serdecznie pozdrawiam
Dark Pilot