Uratowal mnie Galczynski...

Miejsce, w którym można zadać każde pytanie dotyczące spirytyzmu, świata Duchów, reinkarnacji, sensu życia, praw kierujących naszym światem, Boga.

Uratowal mnie Galczynski...

Postautor: Nikita » 26 gru 2014, 20:52

Dzis mialo miejsce ciekawe wydarzenie...pojechalam sobie do kosciola w Neviges aby pomedytowac w krypcie. Ten kosciol jest ogromny a na dole jest krypta...miejsce dla modlitwy w ciszy...Usiadlam sobie i zamknelam oczy i siedze w stanie medytacyjnym i slysze, ze ktos wchodzi....Normalnie tam nie wolno przeszkadzac bo to miejsce ciszy i spokoju ale ten facet zwrocil sie do mnie....otwieram oczy...facet caly rozgoraczkowany....drze sie gdzie jest swiety obraz Mariii...a ja nawet nie zauwazylam , ze go nie bylo...i mowie mu, ze tutaj jest tyle dobrej energii i bez obrazka...ale on drze sie dalej i coraz bardziej byl rozloszczony i krzyczy, ze juz rozmawial z zakonnikiem i ten mu bezczelnie odpowiedzial....wiec odczekalam chwile i tylko kiwalam glowa...az sie uspokoil i stwierdzilam , ze rzeczywiscie nie ma i co teraz? Dzis sluchalam opowiesci Kiry Galczynskiej o ojcu....ze jak ona wpadla raz w zlosc to on odczekal az ta zlosc z niej wybuzuje.....I ja tak wlasnie zrobilam...odczekalam az jego furia , zlosc wybuzuja....pozwolilam mu sie wykrzyczec az sie sam uspokoil....facet potem siadl do modlitwy i co jakis czas jeszcze pokrzykiwal....ja znowu zapadla w medytacje i pomodlilam sie o niego...i on po tej modlitwie przeprosil mnie.... :) Gdybym mu wczesniej przerwalal i zaczela na niego krzyczec to on by mnie chyba zaczal dusic taki byl zly.....a dzieki pozwoleniu az sie wybuzuje...wszytsko bylo dobrze....nerwy puscily, zlosc minela...i bylo ok....
Nikita
Sympatyk spirytyzmu
 
Posty: 5352
Rejestracja: 03 maja 2010, 15:31

Re: Uratowal mnie Galczynski...

Postautor: Xsenia » 26 gru 2014, 23:22

Na atak wściekłości, to jest najlepsze co można zrobić. Poczekać, posłuchać i pomilczeć. To zawsze działa. Zawsze. Choć czasem bardzo trudno jest nie odezwać się. Wiem to na własnym doświadczeniu.
Wyznaję zasadę Sokratesa - "wiem, że nic nie wiem". :)
Awatar użytkownika
Xsenia
Moderator forum.
 
Posty: 3188
Rejestracja: 08 lis 2013, 22:07
Lokalizacja: Sosnowiec

Re: Uratowal mnie Galczynski...

Postautor: gaba75 » 27 gru 2014, 17:17

Nikito, znalazłaś się w odpowiednim momencie w odpowiednim miejscu z odpowiednim człowiekiem. Chyba byłaś mu potrzebna, i uwierz mi to nie twój spokój go uspokoił ni kiwanie głową, ale to że wypowiedziałaś slowa prawdziwe płynące z serca i tym go trochę uspokoiłaś. Moglaś mu powiedziec, że jestes tam w tym samym celu co on ale nie obchodzi Cię śledztwo. Prawda wyzwala. I to prawda. Wiem to po sobie. Ten pan po prostu dostał szewskiej pasji pid wpływem czegos czego się nie spodziewał. Gratulacje za odwagę. Nikito, z reguly ludzie nie postępują tak jak Ty. Wolą milczec a milczenie nie zawsze jest złotem jak to mowi przysłowie. Kto wie co ten pan mógłby uczynic Tobie gdybys nie powiedziała prawdy. A tak dostał co chciał.
gaba75
 
Posty: 848
Rejestracja: 15 kwie 2014, 11:20

Re: Uratowal mnie Galczynski...

Postautor: danvue » 27 gru 2014, 19:14

Dla takich właśnie rozwścieczonych ludzi krzyk to, wydaje mi się, forma wymuszenia wysłuchania go, podzielenia się z kimś swoją troską, wymuszenia reakcji na nią. A spokojne wysłuchanie tego jest najlepszym co można zrobić, brawo! ;)

facet caly rozgoraczkowany....drze sie gdzie jest swiety obraz Mariii...a ja nawet nie zauwazylam , ze go nie bylo...i mowie mu, ze tutaj jest tyle dobrej energii i bez obrazka...

A to przywiązanie do takich materialnych rzeczy przypomniało mi o opowieści Zen:

W dzisiejszych czasach wiele bzdur wygaduje się o mistrzach i ich uczniach oraz o dziedziczeniu nauki mistrza przez jego ulubieńców, uprawniającego ich do przekazywania prawdy swoim zwolennikom. Oczywiście, zen powinien być przekazywany właśnie w ten sposób, z serca do serca, i w przeszłości rzeczywiście się to udawało. Rządziły raczej milczenie i pokora, niż tytuły i ideologie. Otrzymawszy taką naukę, uczeń trzymał ją w ukryciu nawet po dwudziestu latach. Prędzej czy później pojawiał się jednak ktoś, kto z własnej potrzeby odkrywał, że pod ręką jest prawdziwy mistrz i – mimo, iż nie wiedziano o przekazaniu nauki – całkowicie naturalnie pojawiała się sposobność, by owa nauka sama znalazła drogę do nowych umysłów. W żadnym wypadku nauczyciel nigdy nie twierdził:

– Jestem następcą Takiego-a-takiego mistrza.

Podobne twierdzenie dowodziłoby czegoś wręcz przeciwnego.

Mistrz zen Mu-nan miał tylko jednego następcę. Jego imię brzmiało Shoju. Kiedy Shoju zakończył studiowanie zen, Mu-nan wezwał go do swojego pokoju.

– Starzeję się – powiedział – i z tego, co wiem, jesteś jedynym mogącym ponieść dalej naukę. Weź tę książkę. Była przekazywana przez kolejnych mistrzów przez siedem ostatnich pokoleń. Ja również dodałem do niej wiele punktów, zgodnie ze swoim rozumieniem. Książka jest bardzo cenna i daję ją tobie – mojemu następcy.

– Skoro książka jest taka ważna, lepiej ją zatrzymaj – odpowiedział Shoju. – Otrzymałem od ciebie zen bez słowa pisanego i odpowiada mi on taki, jaki jest.

– Wiem o tym – odparł Mu-nan. – Niemniej, to dzieło było przekazywane z rąk do rąk przez siedem pokoleń, więc zatrzymaj je jako symbol otrzymania nauki. Masz.

Tak się złożyło, że rozmawiali przy ognisku. Jak tylko Shoju poczuł w swoich rękach książkę, rzucił ją w płonące węgle. Nie było w nim pragnienia posiadania czegokolwiek.

– Co ty robisz! – wrzasnął Mu-nan, który nigdy przedtem się nie rozzłościł.

– Co ty mówisz! – krzyknął Shoju.

:)
Uderzył z nieba grom
i wypalił w ziemi znak
znak ten wielki był jak dom
to był krzyż, a obok stał
z postury szczupły, wysoki gość
ale słowa miał jak stal
ludzie wnet oblegli go
krzycząc: Tak! To Ten! To On!
Awatar użytkownika
danvue
spirytysta
spirytysta
 
Posty: 459
Rejestracja: 12 paź 2013, 17:31


Wróć do Pytania i odpowiedzi

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Bing [Bot] i 4 gości