Rok 1992 obóz mad morzem 4 osoby w pokoju, jak zwykle opowieści o duchach, zjawach itd., wspaniały pomysł zaczniemy przywoływać, hm fajnie pól nocy ślęczenia nad talerzykiem i nic, ok. idziemy spać. No niestety potrzeba fizjologiczna wzywa jest pomiędzy 2 a 3 w nocy idę do toalet słyszę tak jakby kroki, lecz tłumaczę sobie to jako pracę wyobraźni po "niespełnionym seansie”, lecz w łazience koszmar odbicie lustra i szyba w oknie zaczyna ukazywać się postać i to bardzo wyraźna patrząca wprost na mnie, uczucie dość dziwne owszem dreszcz emocji, lecz żadnego Stachu. Więc w te pędy do pokoju nikt nie wierzy wręcz się śmieją no cóż udało się zasnąć. Pobudka no i zdziwienie wielki nie porządek w pokoju wszystko porozrzucane oczywiście wszyscy dopatrują sprawcy we mnie jako żartownisia. Hm, ale nic druga noc z soboty na niedzielę koszmar. 4 Osoby w pokoju widzą to samo na dworze w nocy ok. 25-30 stopni zamknięte okna i drzwi a w pokoju szaleje (wiatr) rozrzucając wszystkie przedmioty wokół, ustaje następnie ok. godziny przerwy i znów wiatr zimny przeszywający tym razem było już dość tego jeden z kolegów nie wytrzymał - uciekł my, co pozostaliśmy w trójkę widzieliśmy jak zrywa firanki z okien!! Nikt nie chciał nam w to uwierzyć wszyscy twierdzili, że zrobiliśmy to sami, lecz niestety nie. Uwierzyła nam tylko jedna osoba babcia właścicielki domu kazała nam iść do kościoła tylko w odstępie pomiędzy mszami i 7 razy odmówić pokój ich duszom. I wszystko ustało.
Czy był to kolejny kontakt z tamtą strona, co to mogło być robiąc takie fizyczne zamieszanie?
