Duchy polskie

Miejsce, w którym przeczytać można różne intrygujące opowieści związane ze Spirytyzmem.

Duchy polskie

Postautor: Luperci Faviani » 21 mar 2009, 12:32

Pozwoliłem sobie przekopiować kilka artykułów ze strony www.duchypolskie.ovh.org

Zjawy z Łańcuta

Warowny zamek Stanisława Lubomirskiego, wzniesiony w latach 1629-1641 według projektu Macieja Trapoli, ponad sto lat później został przebudowany z rozkazu ówczesnej właścicielki łańcuckiego klucza – Izabelli z Czartoryskich Lubomirskiej, żony marszałka wielkiego koronnego, księcia Stanisława Lubomirskiego, na barkową rezydencję magnacką.

Późniejsze przebudowy (m.in. w 1800 roku oraz na przełomie XIX i XX wieku) nie zmieniły charakteru budowli. Jest to wspaniała rezydencja magnacka, mieszcząca obecnie Muzeum Wnętrz, z cennymi zbiorami zabytkowych mebli, gobelinów, malarstwa, rzeźby, porcelany. W dawnej powozowni mieści się Muzeum Powozów (ponad 50 eksponatów z XVIII-XIX wieku), w oficynie pałacowej – hotel i restauracja. Zespół pałacowy otacza park krajobrazowy o powierzchni 31 ha, złożony z XVII, a rozszerzony w XVIII wieku, z alejami lipowymi, starymi dębami i krzewami magnolii, z ogrodem włoskim i różanym.
Łańcucki pałac zamieszkują zjawy, których wypłoszyć nie zdołały nawet liczne rzesze turystów, przewijających się przez komnaty i korytarze przez cały rok.

Pewnego dnia kustosz muzeum wszedł nagle do galerii rzeźby i w perspektywie długiego korytarza, na tle okna, obok posągu Amora dłuta Casanovy, zobaczył stojącą postać kobiecą w błękitnej sukni. Była to zjawa księżnej marszałkowej, ubranej tak, jak na portrecie pędzla Lampiego: w błękitnej krynolinie i wysokiej, pudrowanej peruce. Kiedy zdziwiony zaczął iść w tym kierunku, ku jego zaskoczeniu postać ta zaczęła jakby blednąć i rozwiała się w powietrzu.

Podobne zdarzenie przytrafiło się pewnej pani, która odwiedziła Łańcut w czasie gdy kręcono tu film. Spotkała ona w Tureckim Apartamencie na pierwszym piętrze (niegdyś buduarze księżnej marszałkowej) nieznajomą, spoczywającą na osiemnastowiecznej sofie. Przypuszczając, że jest to aktorka ubrana w stylowy kostium, chciała ją zagadnąć, a wówczas ku swemu przerażeniu zorientowała się, że jest w pokoju sama. Pracownik muzeum, od lat blisko czterdziestu związany z łańcuckim pałacem, spotkał się z błękitną damą na korytarzu drugiego piętra. Tam również widzieli ją przed laty pracownicy objazdowego kina, nocujący w pokojach gościnnych.

W okresie międzywojennym, kiedy Łańcut był własnością prywatną, wśród służby pałacowej krążyły również opowieści o innej zjawie: w Chińskim Apartamencie, na pierwszym piętrze, widywano czasami młodą kobietę w bieli piszącą coś przy rokokowym sekretarzyku. Mówiono, że była to nieżyjąca od z górą stu lat Julia Potocka, córka księżnej marszałkowej.

Jak twierdzą mieszkańcy miasta, Diabła Łańcuckiego zobaczyć można nie tylko w pałacu. W burzliwe ciemne noce, najczęściej jesienią, pojawia się na drodze prowadzącej od dworca kolejowego, galopując w rozwianej opończy, na czarnym koniu. Widzieli go podobno liczni spóźnieni przechodnie.
Warto przedstawić bliżej łańcuckie zjawy: Stanisław Stadnicki – starosta zygwulski, żył na przełomie XVI i XVII wieku. Okrutnik, warchoł i banita, drwił sobie z królewskich wyroków sądowych. Zginął w czasie prywatnej wojny, toczonej z rodziną Opalińskich.

Błękitna Dama – księżna marszałkowa Izabella z Czartoryskich Lubomirska – była jedną z najwytworniejszych pań polskiego rokoka, sawantką i miłośniczką sztuki. Ona to właśnie urządziła w stylu epoki pałac łańcucki, założyła francuski park i oranżerię. Zakochana bez wzajemności w swoim kuzynie, królu Stanisławie Auguście Poniatowskim, pocieszała się, snując gorliwe polityczne intrygi, kolekcjonując dzieła sztuki i hołdując francuskiej modzie. Najmłodszą z jej córek była Julia, odznaczająca się wyjątkową urodą i wdziękiem. Mając lat osiemnaście poślubiła Jana Potockiego, sławnego podróżnika, erudytę i dziwaka. Był to związek nieszczęśliwy. Potocki wciąż podróżował, osamotniona Julia – w przeciwieństwie do swej frankofilskiej matki gorąca patriotka – przystąpiła do kręgu konspiratorów przygotowujących powstanie kościuszkowskie. Wśród nich właśnie poznała i pokochała Eustachego Sanguszkę, oficera wojsk rosyjskich, później towarzysza Tadeusza Kościuszki.

Kiedy w 1792 roku wybuchła wojna z Rosją, Julia przyjechała do Łańcuta, Sanguszko wyruszył na front. Właśnie z pałacu swej matki Julia Potocka słała do ukochanego list za listem. Wkrótce potem zmarła w Krakowie, przeżywszy niespełna trzydzieści lat...
Załączniki
lancut5.jpg
fot. E. i M. Wojciechowscy
lancut5.jpg (28.71 KiB) Przeglądany 2087 razy
Luperci Faviani - życie jest niczym, wieczność jest wszystkim.
La certitude est une autre dimension de la croyance.
Awatar użytkownika
Luperci Faviani
 
Posty: 2398
Rejestracja: 22 lip 2008, 17:23
Lokalizacja: Niemcy

Re: Duchy polskie

Postautor: Luperci Faviani » 21 mar 2009, 12:48

Fantomy z Pieskowej Skały

Pieskowa Skała to jeden z najpiękniejszych i najbardziej malowniczo położonych zamków polskich. Zbudowany na stromej wapiennej skale, bronił niegdyś od północy wejścia do Doliny Ojcowskiej. Opisywany w listach, pamiętnikach, wymieniany w dawnych bedekerach, ulubiony temat malarzy. Zachwycał się nim siedemnastowieczny poeta Wespazjan Kochowski, w kunsztownych rymach opiewał Franciszek Karpiński, „zachwycającym oko” znalazła go Klementyna z Tańskich Hoffmanowa.

Ta renesansowa rezydencja, o której niegdyś mawiano, że „z Wawelem Zygmuntów równać się może”, mieści w swych murach muzeum, tłumnie odwiedzane przez turystów niemal z całego świata. Ale – gdyby ktoś pozostała na zamku w noc ciemną, gdy ciężka żelazna brama zamknie się już za ostatnim zwiedzającym, miałby sposobność przeżycia silnych wrażeń: podobno bowiem od niepamiętnych czasów w dawnej siedzibie Szafrańców mają miejsce niezwykłe zjawiska. Chętnie opowiadają o nich mieszkańcy okolicznych wsi, dodając, że i dziś jeszcze niewielu śmiałków odważyłoby się po zapadnięciu nocy wejść na zamkowy dziedziniec.

O zjawach nawiedzających zamek w Pieskowej Skale wspomina także Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, pisząc: W legendzie, która osnuła te wyniosłe mury trwają nadal dni świetności i chwały... Ponoć nocami zobaczyć można, jak na zamkową górę wjeżdżają zakute w żelazo hufce. Tętni zwodzony most... zda się wjechali już w bramę. Obudzona hałasem służba wybiega na dziedziniec... Ale nie widać nic – wokół cisza – noc – rycerze rozwiali się we mgle (...).

Można by tę historię złożyć na karb wyobraźni sławnej pisarki, gorliwej czytelniczki modnych w jej epoce powieści gotyckich. Ale sięgnijmy dalej. Na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku Pieskową Skałę, będącą wówczas własnością rodziny Mieroszewskich, odwiedził Johann Caspar von Friedrichsberg, profesor nauk przyrodniczych uniwersytetu w Getyndze, żywo interesujący się magnetyzmem, hipnozą i – jak napisał w przedmowie do swej książki Świat zjawisk nadzmysłowych: (...) niewytłumaczalnymi zjawiskami wzrokowymi i akustycznymi nazywanymi przez ignorantów siłą nieczystą, upiorami czy duchami. Pobyt w Piaskowej Skale dostarczyć miał mu nowych obserwacji – tym ciekawszych, że dokonywanych osobiście.

Któregoś wieczoru, przed udaniem się na spoczynek, profesor Friedrichsberg przechadzał się po zewnętrznym dziedzińcu. Do północy brakowało jeszcze dwóch godzin: Naraz (...) spostrzegłem, że od strony murów nadchodzi wysoka postać, odziana jakby w fałdzistą, czarną opończę z kapturem (dziś nikt już nie nosi takich strojów) – i szybkim krokiem zmierza w kierunku głównej bramy. Zaciekawiony poszedłem za dziwnym przybyszem, który wyprzedzał mnie zaledwie o kilka kroków. Nagle postać zniknęła – nad bramą widniały dwie latarnie, księżyc świecił jasno i niemożliwym było, aby ktoś niepostrzeżenie wyszedł z zamku czy ukrył się w załomach muru. Na drugi dzień opowiedziałem grafowi Mieroszewskiemu o nocnym spotkaniu – nie był specjalnie zdziwiony i twierdził, że tajemniczym nieznajomym mógł być jeden z dawnych właścicieli zamku, który przed laty wyrokiem królewskim położył głowę pod topór kata. Odtąd widywano go często w zamkowych salach czy na dziedzińcu (...).

W pierwszych latach XX wieku niszczejący zamek nabyła spółka akcyjna, urządzając tam pensjonat. Do czasów pierwszej wojny światowej Pieskowa Skała była modnym letniskiem. Ci, którzy spędzali wakacje w zamku, wspominają piękne spacery w malowniczych wąwozach, smaczną kuchnię i... tajemnicze hałasy zakłócające niejednokrotnie nocną ciszę...

Sędziwa mieszkanka Warszawy, która mieszkała w Pieskowej Skale w 1912 roku wspomina, że niejednokrotnie budziły ją dziwne odgłosy - tak jakby ktoś z wielką siłą kuł kilofem ścianę, czasem znowu słychać było kroki w sąsiednich pomieszczeniach. Pamięta, że którejś nocy hałasy dochodzące zza ściany: bieganie, przesuwanie mebli, stukoty i tym podobne, nie pozwoliły zasnąć całej rodzinie. Wreszcie około północy zdecydowała się zapukać do drzwi sąsiedniego pokoju. Po dłuższej chwili na progu stanęła zaspana sąsiadka - okazało się, że od dwóch godzin spała, nie słysząc żadnych niepokojących odgłosów. Tego rodzaju przeżycia były udziałem wielu pensjonariuszy. Opowiadano, że późnym wieczorem spotkać można było na dziedzińcu mężczyznę w opończy, znikającego nagle i bez śladu.

O niezwykłych zjawiskach mówią też współcześni mieszkańcy zamku - pracownicy Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu. Twierdzą co prawda, że większość tajemniczych hałasów ma swoje źródło w zdumiewającej wprost akustyce tej budowli: grube mury powtarzają zwielokrotnionym echem wszystkie dźwięki. Raz tylko przeżyli coś, co nazwa by można "historią z duchem".

Było to zimą 1972 roku, późnym popołudniem, zapadał już zmierzch. Jedna z pracownic siedziała wówczas z mężem, córką i zięciem w biurze muzeum (pierwsze piętro, obok sali akustycznej - przyp. aut.). Naraz usłyszeli, że ktoś ciężkim krokiem idzie przez dziedziniec, brzęcząc kluczami otwiera wewnętrzną bramę i kieruje się do komnat. Natychmiast zadzwonili do portierni. Portier twierdził, że z całą pewnością nikt nie wchodził do zamku... przeszukali więc we czwórkę wewnętrzny dziedziniec, sień i korytarze. Pomimo, że zakładane na noc plomby na drzwiach muzeum były nienaruszone, kazali je zerwać i dla pewności obeszli sale muzealne, zaglądając we wszystkie kąty. Ku swemu zdumieniu nie spotkali nikogo.

O swoich przeżyciach, związanych z niewytłumaczalnymi zjawiskami mającymi miejsce w zamku, opowiedział nam też inny pracownik muzeum. Zdarzyło się to pewnej lipcowej nocy. Pełnił wówczas nocny dyżur przy bramie. Zbierało się na burzę, więc postanowił sprawdzić czy wszystkie okna zamku są zamknięte. Schodząc z pierwszego piętra ujrzał niespodzianie w sieni akustycznej klęczącą twarzą do ściany skuloną postać, okrytą jakby długim, ciemnym płaszczem czy welonem. Widział ją wyraźnie, bo sień i korytarze oświetlone były światłem elektrycznym. Chciał podejść bliżej, ale wówczas ogarnął go lęk i szybko wrócił do portierni.
W jakiś czas potem nocował w pokoju gościnnym, mieszczącym się wówczas na pierwszym piętrze. Tak się złożyło, że miał przy sobie wilczura o imieniu Irma - psa bardzo ostrego i odważnego. Około godziny 23 położył się i zgasił światło. Już usypiał, kiedy usłyszał skowyt psa. Zapalił lampę: Irma ze zjeżoną sierścią czołgała się w kierunku tapczanu. Wyciągnął rękę aby ją uspokoić i wtedy rozległ się łoskot tak straszny, jakby runęły belkowane, drewniane stropy. Odruchowo schylił głowę i zamknął oczy. Kiedy minął pierwszy szok stwierdził, że wszystko w pokoju jest w najzupełniejszym porządku, z sufitu nie spadł nawet kawałek tynku. Wszędzie było cicho i ciemno. Po chwili łoskot powtórzył się, ale jakby w sąsiednim pokoju.

Źródła opowieści o tych dziwnych zjawiskach można by szukać w historii zamku i jego mieszkańców.
Wiadomo, że od roku 1377 Pieskowa Skała należała do rodziny Szafrańców, która dzięki łaskawości czterech władców Polski: Ludwika Węgierskiego, Władysława Jagiełły, Kazimierza Jagiellończyka i Zygmunta Starego, doszła do wielkiego znaczenia i ogromnego majątku. Jeden z Szafrańców, Hieronim, ożeniony z Katarzyną Telniczanką, długoletnią faworytą Zygmunta Starego, rozbudował dawny kasztel, zmieniając go w jedną z najpiękniejszych renesansowych rezydencji w środkowej Europie.
Załączniki
pskala3.jpg
fot. E. i M. Wojciechowscy
pskala3.jpg (17.7 KiB) Przeglądany 2082 razy
Luperci Faviani - życie jest niczym, wieczność jest wszystkim.
La certitude est une autre dimension de la croyance.
Awatar użytkownika
Luperci Faviani
 
Posty: 2398
Rejestracja: 22 lip 2008, 17:23
Lokalizacja: Niemcy

Re: Duchy polskie

Postautor: Luperci Faviani » 21 mar 2009, 12:56

Rycerz z Chojnika

Najpiękniej położony z piastowskich zamków śląskich wznosi się na szczycie niedostępnej granitowej góry (627 m npm.), w pobliżu wsi Sobieszów. Nazwę swą - Chojnik - wziął ponoć od strzelistych sosen, porastających i dziś zbocza góry. Według tradycji, książę z rodu Piastów świdnickich, Bolko I Surowy, kazał około roku 1292 na szczycie góry powalić prastare drzewa, a na porębie wznieść dwór myśliwski. W pół wieku później, około roku 1353, kronikarze śląscy wspominają już o zamku, wzniesionym z granitowych ciosów przez księcia Świdnickiego Bolka II Małego.

Po bezpotomnej śmierci Bolka II i jego żony Agnieszki, zamek przeszedł w roku 1393 w ręce ulubieńca książęcej pary, rycerza Botsche Schofa. Był on protoplastą jednej z najmożniejszych później rodzin śląskich - Schaffgotschów. Jego potomkowie, nie szczędząc kosztów, zmienili Chojnik w potężną warownię, otoczoną podwójnym pierścieniem murów, z dwoma dziedzińcami i wyniosłymi wieżami. Pod zamkiem ciągnęły się głębokie lochy, w których nieraz kończyli swój żywot zalegający z daninami poddani surowych panów zamku, a także kupcy, mający nieszczęście wpaść w ręce rycerzy-rozbójników, bowiem niektórzy z Schaffgotschów parali się rozbojem.

W roku 1675 nadszedł kres świetności potężnego zamczyska. 31 sierpnia, w samo południe, rozszalała się nad szczytami Karkonoszy straszliwa burza; piorun uderzył w zabudowania gospodarcze zamku, powodując pożar. Płomienie strawiły nie tylko stajnie i spichlerze, lecz i reprezentacyjne komnaty Schaffgotschów. Nie odbudowali oni już swej siedziby. Przenieśli się do pobliskiego Sobieszowa, a później do Cieplic. Osmalone płomieniem mury na zamkowej górze, widoczne z daleka, budziły grozę wśród mieszkańców okolicy. Krążyły opowieści o skarbach ukrytych w zamkowych lochach, o widmach nawiedzających nocami miejsca, w których tylu ludzi zginęło gwałtowną i okrutną śmiercią.

W księżycowe noce na murach pojawiał się ponoć cień konnego rycerza, błędne ogniki tańczyły nad zarastającymi trawą dziedzińcami, stłumione jęki dochodziły z zasypanych gruzem wejść do lochów.

W XIX wieku, w epoce romantyzmu, malownicze ruiny były celem wycieczek wielu kuracjuszy, przyjeżdżających do pobliskich cieplickich wód. I dziś nadal Chojnik przyciąga zwiedzających. W zamku czynne jest schronisko; w sali jadalnej wysłuchać można ciekawej opowieści o dziejach Chojnika i jego legendach. Jeśli natomiast zostanie się w zamku aż do zmierzchu, a noc będzie księżycowa, można usłyszeć stłumiony odgłos kopyt rumaka widmowego rycerza, który objeżdża wokół budowlę po blankach murów.

Pracownicy schroniska opowiadają, że pewnej letniej nocy w lipcu albo w sierpniu, w czasie pełni księżyca wyszli na dziedziniec górnego zamku. Było jasno, tylko rosnące obok murów drzewa rzucały długie cienie. Naraz na dziedzińcu pociemniało: po blankach murów przesuwał się ciemny kształt, przypominający cień człowieka siedzącego na koniu. Była to dziwna postać, wyglądała jakby powstała z ciemnej mgły czy dymu. Zjawisko trwało chwilę, po czym jeździec i koń rozwiali się w powietrzu.

Jeden z naszych rozmówców spotkał się z duchami Chojnika, kiedy pewnej letniej nocy wspiął się na szczyt wieży, by spojrzeć na Kotlinę Jeleniogórską w świetle księżyca. W głębokiej ciszy usłyszał, jak otwierają się ciężkie, dębowe drzwi baszty i szybkie kroki biegną po krętych schodach w górę. Oczekiwał, że ktoś pojawi się na górnym tarasie, a kiedy nikt nie nadchodził, oświetlił latarką ciemną czeluść klatki schodowej i zszedł na dół - nikogo nie było ani na schodach, ani na dziedzińcu...
Załączniki
chojnik2.jpg
fot. Jakub Knoll
chojnik2.jpg (16 KiB) Przeglądany 2085 razy
Luperci Faviani - życie jest niczym, wieczność jest wszystkim.
La certitude est une autre dimension de la croyance.
Awatar użytkownika
Luperci Faviani
 
Posty: 2398
Rejestracja: 22 lip 2008, 17:23
Lokalizacja: Niemcy

Re: Duchy polskie

Postautor: Luperci Faviani » 21 mar 2009, 13:27

Czarny Pies z Ogrodzienca

W pobliżu miasteczka Ogrodzieniec, na szczycie Góry Zamkowej (504 m n.p.m.), w fantastycznej scenerii poszarpanych i przedziwne kształty przybierających skał wapiennych, wznoszą się największe w Polsce, a drugie bodaj co do wielkości w Europie, ruiny starego, gotycko-renesansowego zamczyska. Była to niegdyś gotycka warownia, wzniesiona w XIII-XIV wieku, rozbudowana w stylu renesansowym w wieku XVI przez Bonerów. Ocalały z niej ruiny trój skrzydłowego kompleksu mieszkalnego, trzy baszty, brama wjazdowa i fragmenty muru obronnego. Po drugiej wojnie światowej zabezpieczono zespół zamkowy jako trwałą ruinę. Malownicze to miejsce. Mury tak zespoliły się tutaj ze skałą, że z dala nie rozpoznasz co tu jest tworem natury, co dziełem ręki ludzkiej. Malownicze, ale i straszne. O ruinach tych wiele bowiem opowiedzieć mogą mieszkańcy dochodzącej niemal pod same zamkowe mury osady Podzamcze. Owo Podzamcze, od czasów reformy administracyjnej (1975) dzielnica miasta Ogrodzieniec, to 46 zagród, restauracja „Pod Zamkiem", dom wycieczkowy PTTK, kapliczka i - na tym koniec.

W nocy jednak Podzamcze staje się widownią dziwnych wydarzeń, których bohaterem jest ogromny, czarny pies. Pies ten, znacznie większy od jakiegokolwiek zwykłego wilczura czy nawet bernardyna, ciągnie zawsze za sobą długi na trzy metry, brzęczący na wybojach łańcuch i niezmiennie zmierza ku zamkowym murom. Że nie jest to zwykłe zwierze świadczy fakt, że opowieści o owym psie przekazywane są w Podzamczu z pokolenia na pokolenie. Widywali owo tajemnicze stworzenie ojcowie i dziadkowie obecnych gospodarzy, przed pierwszą, a nawet przed rosyjsko-japońską wojną. Widywali go dzisiejsi staruszkowie, gdy jako chłopcy jeszcze chodzili nocami pasać konie na dworskiej koniczynie. Wspominali oni, że nocą żaden koń nie ośmielił się przejść zamkowej bramy, choć rozciągający się za nią zewnętrzny dziedziniec to kilka morgów znakomitej, soczystej trawy.

Relację o ogrodzienieckim Czarnym Psie przekazał nam jeden z miejscowych rolników.
- Było to chyba w roku 1963, w sobotę 25 lipca, bośmy się następnego dnia na odpust do Giebła wybierali. Chcieliśmy wspólnie z sąsiadem wygnać krowy na pastwisko już nocą, żeby z samego rana móc pójść na odpust. Była już chyba jedenasta wieczorem, może nawet później, tyle że jasno było, bo księżyc wyraźnie świecił. Najpierw poszliśmy do mojej obory (moja chałupa bliżej zamku stoi) i wówczas, nim weszliśmy we wrota, zobaczyłem ogromnego czarnego psa. Strachliwy nie jestem i psów się nie boję, ale jak zobaczyłem, że ten diabeł ciągnie za sobą łańcuch i biegnie do zamku, to zaraz zacząłem uciekać. Sąsiad też uciekał. Tej nocy jużeśmy tam nie wrócili i krów na pastwisko nie wygnali.

Odszukaliśmy drugiego świadka owych wydarzeń, który w całej rozciągłości potwierdził opowieść, z tą różnicą, że jego zdaniem było wtedy później, prawie dochodziła północ (opowiada, że gdy znalazł się w domu było dobrze po północy), a także, że pies ukazał się gdy już otworzyli drzwi obory i że najpierw zatrzymał się, a dopiero potem pobiegł uliczką w górę.

Obaj nasi rozmówcy nie kontaktowali się ze sobą przed naszą indagacją, a więc wykluczyć można jakiekolwiek celowe zmyślanie. Zresztą o Czarnym Psie mówią także i inni mieszkańcy Podzamcza. Wspominają oni wydarzenie, które na wszystkich wywarło niemałe wrażenie.

Otóż pewnej nocy do ogrodzienieckiego zamku przyjechało „taksówką" (czyli samochodem osobowym) jakieś towarzystwo z miasta - dwóch panów i jedna pani. O dwunastej w nocy ludzie mieszkający najbliżej murów usłyszeli dobiegający z tamtej strony krzyk kobiecy, po czym ujrzano, jak mężczyźni wynosili do samochodu zemdloną swą towarzyszkę. Od tej pory nikt na zamek nocą się nie zapuszczał.

Zreasumujmy tedy suche fakty: Czarnego Psa ogrodzienieckiego widziało zbyt wiele osób, by można tu mówić o jakiejkolwiek próbie świadomego wprowadzania rozmówców w błąd. Pies ten, w niezmienionej postaci, pojawia się od co najmniej kilkudziesięciu lat (taki w każdym razie okres obejmują pewne relacje), a zatem - zważywszy, że psy żyją najwyżej kilkanaście lat - nie może tu wchodzić w grę błąkanie się w tej okolicy jakiegoś bezpańskiego zwierzęcia. Symptomatyczne są ponadto relacje o zachowaniu się koni wypasanych na dworskiej koniczynie (historię o nocnych odwiedzinach zamku pomijamy tu, jako nie w pełni sprawdzoną, nie udało nam się bowiem odszukać uczestników owej wyprawy). Słowem, wyjaśnienia tajemniczego zjawiska poszukiwać trzeba w historii ogrodzienieckiego zamczyska, a także w literaturze poświęconej manifestacjom sił nadprzyrodzonych.
Załączniki
ogro1.jpg
fot. Dominik Flaszyński
ogro1.jpg (10.24 KiB) Przeglądany 2076 razy
Luperci Faviani - życie jest niczym, wieczność jest wszystkim.
La certitude est une autre dimension de la croyance.
Awatar użytkownika
Luperci Faviani
 
Posty: 2398
Rejestracja: 22 lip 2008, 17:23
Lokalizacja: Niemcy

Re: Duchy polskie

Postautor: Luperci Faviani » 21 mar 2009, 13:35

Błazen z Bolkowa

Nad malowniczym śląskim miasteczkiem Bolków, na urwistym wzgórzu, u którego podnóża toczy swe wartkie wody Nysa Szalona, wznosi się jeden z piękniej położonych zamków polskich. Zbudował go w XIII wieku Bolko I, książę świdnicko-jaworski, dobry gospodarz i przewidujący strateg, dbały o ufortyfikowanie swej ziemi pasem obronnych warowni. Odtąd – dopóki śląską ziemią władali Piastowie – w Bolkowie utrzymywano zbrojną załogę. W tej właśnie twierdzy, około połowy XIV wieku, wydarzyć się miał dramat, opisywany przez wielu kronikarzy zajmujących się dziejami Śląska.

Kilkuletni syn i następca ówczesnego władcy księstwa - Bolesława II zwanego Małym - zginąć miał tragicznie, uderzony przypadkowo kamieniem przez nadwornego błazna. Sprawcę śmierci następcy książęcego tronu ścięto obok miejskiej bramy, a w miejscu, w którym nieszczęsny błazen położył głowę pod katowski topór, postawiono kamienny krzyż.

Tragicznie zmarły książę był jedynym dzieckiem Bolesława Małego i jego żony Agnieszki Austriackiej, toteż gdy Bolko II w lipcu 1368 roku zakończył życie, spory szmat śląskich ziem piastowskich przeszedł, na mocy wcześniejszego układu, pod berło czeskich Luksemburgów. Oni to właśnie w roku 1540 kazali przebudować starą twierdzę według reguł renesansowej sztuki fortyfikacyjnej, a pracami budowlanymi kierował nie byle kto, bo sam sławny architekt Jakub Parr.

W czasie wojny trzydziestoletniej zamek oblegali i zdobyli Szwedzi. Od roku 1703 aż do kasaty zakonu w 1810 roku, zamek należał do cystersów, później przeszedł na własność państwa. Mury piastowskiej twierdzy dziś jeszcze zdumiewają swym ogromem. W odremontowanym skrzydle zamku mieści się Oddział Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Podobno późnym wieczorem, gdy księżyc wypłynie na niebo, a sowy gnieżdżące się w basztach i strzelnicach zaczną pohukiwać, wzdłuż zamkowych murów przesuwa się bezszelestnie cień w rogatym, błazeńskim kołpaku. To - jak głosi legenda - duch błazna wraca na miejsce swej zbrodni.

Przed dziesięcioma laty pewien mieszkaniec Szczecina odbywał praktykę studencką w Świdnicy. Pewnego dnia po południu wybrał się do Bolkowa. Miasteczko i zamek urzekły go do tego stopnia, że postanowił tu przenocować i dopiero rankiem powrócić do Świdnicy. Po pięknym dniu nadeszła ciepła, księżycowa noc. Spacerował czas jakiś uliczkami miasteczka, a potem postanowił wspiąć się na zamkową górę, by wąską ścieżką wzdłuż murów obejść warownię dokoła.

W świetle księżyca widok rozpościerający się z zamkowej góry był niezwykły i urzekająco piękny. Stał więc chwilę patrząc, a potem zaczął iść w stronę zamkowego dziedzińca. Nagle wydało mu się, że chmura przesłoniła tarczę księżyca, podniósł więc głowę: niebo było jasne i pogodne, ale tu w dole zaczęło się jakby ściemniać. Zdawało się, że od zamkowej baszty oderwał się jakiś cień i przesuwa się wzdłuż murów. Jego kontur, podobny do mężczyzny w rogatej czapce, ostro odcinał się od oświetlonego księżycem dziedzińca. Cień rósł, czyniąc wrażenie, że przesłania jasno świecący księżyc.

Student obserwował to zjawisko raczej z zaciekawieniem niż strachem, kładąc je na karb optycznego złudzenia, a nie działania sił nadprzyrodzonych. Zerwał się wiatr, drobne kamyki posypały się z zamkowych murów, jeden z nich uderzył go boleśnie w ramię, wtedy dopiero ogarnął go jakiś dziwny niepokój. Szybko wyszedł z zamku i nie oglądając się za siebie zbiegł z zamkowej góry.
Załączniki
bolkow2.jpg
fot. E. i M. Wojciechowscy
bolkow2.jpg (11.42 KiB) Przeglądany 2077 razy
Luperci Faviani - życie jest niczym, wieczność jest wszystkim.
La certitude est une autre dimension de la croyance.
Awatar użytkownika
Luperci Faviani
 
Posty: 2398
Rejestracja: 22 lip 2008, 17:23
Lokalizacja: Niemcy

Re: Duchy polskie

Postautor: Luperci Faviani » 21 mar 2009, 13:59

Biała Dama (www.zamek-lipowiec.republika.pl)

Dokładnej daty powstania najstarszej zabudowy na wzniesieniu o nazwie Lipowiec, nie udało się jednoznacznie ustalić. Niektóre, nie do końca pewne źródła sugerują, że w IX wieku znajdowała się tu silna, zapewne drewniana warownia zwana Lipową, a teren ten podlegał Państwu Wielkomorawskiemu (Wielka Morawa lub Rzesza Wielkomorawska). Za panowania księcia Świętopełka I w latach 870 - 894, państwo to obejmowało, poza Morawami, częściowo tereny dzisiejszych Węgier, Czechy, Słowację, Śląsk, Łużyce i Małopolskę.

W okresie rozbicia dzielnicowego Polski (1138 - 1320), lipowieckie wzgórze znalazło się na pograniczu dzielnicy krakowskiej i śląskiego księstwa Raciborsko-Opolskiego. Jego wielkie wartości strategiczne oraz brak stabilizacji politycznej na tym terenie, przyczyniły się zapewne do wzniesienia silnego punktu obronnego i strażnicy. Przy jej pomocy kontrolować można było również ważny szlak handlowy, prowadzący z Krakowa na Śląsk, a przebiegający u stóp wzniesienia.

Pierwsze, niezbite dowody istnienia Lipowca pojawiają się w dziele "Liber beneficiorum dioecesis Cracoviensis" czyli Księdze beneficjów (dóbr) diecezji krakowskiej, spisanej przez historyka Jana Długosza. Według autora znanych "Roczników czyli kronik sławnego Królestwa Polskiego", teren na którym wzniesiono zamek, na początku XIII wieku należał do małopolskiego rodu rycerskiego - Gryfitów. Właścicielem lipowieckiego majątku był kasztelan krakowski, Klemens z Ruszczy herbu Gryf. W roku 1238 przekazuje on posiadłość, wraz z drewnianym grodem, klasztorowi Benedyktynek w Staniątkach koło Krakowa, którego ksienią (żeński odpowiednik opata) była jego córka Wizenna.

Za sprawą biskupa Jana Prandoty, w roku 1243 Lipowiec przechodzi, drogą kupna lub zamiany, w skład małopolskich dóbr biskupstwa krakowskiego. Od roku 1295 warownia jest w posiadaniu Jana Muskaty, piastującego godność biskupa krakowskiego. W imieniu biskupów, niemal aż do końca XVIII wieku, zamkiem wraz z okolicznymi dobrami zarządzali burgrabiowie, później kasztelanowie i wreszcie starostowie.

Wygląd i wielkość budowli w tym okresie nie są szczegółowo znane. Z pewnością w jej obrębie znajdowała się wolno stojąca, istniejąca do dziś, kamienna wieża, której dolne partie pochodzą z końca XIII wieku. Funkcjonowanie średniowiecznej twierdzy zapewniała, umiejscowiona obok kamiennego stołpu, wykuta w litej skale studnia oraz bliżej nie określone, drewniane obiekty mieszkalne i gospodarcze.

W czasie gdy Franciszek Stankar odbywał karę więzienia w Lipowcu, zakochała się w nim córka nadzorcy straży więziennej. Młodziutka dziewczyna postanowiła pomóc swojemu ukochanemu w ucieczce z zamku i przynosiła do jego celi po kryjomu prześcieradła, z których Franciszek splótł prowizoryczną linę. Pod osłoną nocy więzień opuścił się po linie przez okno, poza mury zamku, a dziewczyna miała do niego dołączyć następnego dnia. Niestety nadzorca dowiedział się, że to jego córka pomogła uciec skazańcowi i ukarał ją zakazem opuszczania zamku. Natomiast Stankar, nie mógł wrócić do Lipowca po ukochaną, ponieważ zostałby ponownie osadzony w więzieniu lub stracony.

Niedługo potem dziewczyna, z tęsknoty za narzeczonym, postanowiła popełnić samobójstwo. Ubrała suknię ślubną, przygotowaną już na wesele i wdrapała się na szczyt zamkowej wieży. Skoczyła stamtąd i roztrzaskała swoje ciało na nieistniejących już dzisiaj dachach twierdzy. Odtąd, po dzień dzisiejszy, zamek czasami odwiedza w nocy zjawa, zwana Białą Damą . Jest to być może duch córki nadzorcy, uwięziony w zamku i bezskutecznie czekający na powrót ukochanego Franciszka.

Inna legenda mówi o zajeżdżającej w nocy karecie z dostojnikiem kościelnym, który wysiada na dziedzińcu i udaje się do środka. Zaraz potem oprawcy ciągną na dziedziniec skutego łańcuchami mnicha, następnie kat podnosi miecz do ścięcia skazańca i w tym momencie wraz z uderzeniem pioruna wszystkie widziadła znikają. Legenda ta związana jest w oczywisty sposób z przeznaczeniem i rolą więzienną zamku dla duchowieństwa.
Załączniki
lipowiec01_midi.jpg
lipowiec01_midi.jpg (57.69 KiB) Przeglądany 2073 razy
Luperci Faviani - życie jest niczym, wieczność jest wszystkim.
La certitude est une autre dimension de la croyance.
Awatar użytkownika
Luperci Faviani
 
Posty: 2398
Rejestracja: 22 lip 2008, 17:23
Lokalizacja: Niemcy


Wróć do Opowieści spirytystyczne

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość